Info
Więcej o mnie.
STATS
pre-Bikestats:
2000 -----> 2057 km
2001 -----> 3616 km
2002 -----> 3206 km
2003 -----> 2200 km
2004 -----> 3517 km
2005 -----> 3686 km
2006 -----> 3077 km
2007 -----> 2857 km
2008 -----> 3162 km
2009 -----> 5859 km
Bikestats:
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2014, Grudzień1 - 0
- 2014, Listopad11 - 0
- 2014, Październik15 - 0
- 2014, Wrzesień18 - 0
- 2014, Sierpień16 - 0
- 2014, Lipiec22 - 0
- 2014, Czerwiec20 - 0
- 2014, Maj23 - 0
- 2014, Kwiecień24 - 0
- 2014, Marzec25 - 0
- 2014, Luty20 - 0
- 2014, Styczeń21 - 0
- 2013, Grudzień7 - 0
- 2013, Listopad12 - 0
- 2013, Październik21 - 0
- 2013, Wrzesień21 - 0
- 2013, Sierpień25 - 0
- 2013, Lipiec25 - 0
- 2013, Czerwiec20 - 0
- 2013, Maj28 - 0
- 2013, Kwiecień29 - 0
- 2013, Marzec23 - 0
- 2013, Luty23 - 0
- 2013, Styczeń27 - 0
- 2012, Grudzień8 - 0
- 2012, Listopad13 - 2
- 2012, Październik21 - 0
- 2012, Wrzesień18 - 0
- 2012, Sierpień21 - 3
- 2012, Lipiec17 - 0
- 2012, Czerwiec22 - 0
- 2012, Maj26 - 3
- 2012, Kwiecień26 - 2
- 2012, Marzec24 - 5
- 2012, Luty22 - 3
- 2012, Styczeń20 - 3
- 2011, Grudzień10 - 1
- 2011, Listopad13 - 0
- 2011, Październik16 - 0
- 2011, Wrzesień22 - 7
- 2011, Sierpień27 - 5
- 2011, Lipiec24 - 6
- 2011, Czerwiec24 - 9
- 2011, Maj26 - 27
- 2011, Kwiecień26 - 51
- 2011, Marzec25 - 36
- 2011, Luty20 - 9
- 2011, Styczeń22 - 22
- 2010, Grudzień4 - 0
- 2010, Listopad12 - 4
- 2010, Październik22 - 56
- 2010, Wrzesień18 - 18
- 2010, Sierpień30 - 8
- 2010, Lipiec24 - 2
- 2010, Czerwiec27 - 9
- 2010, Maj26 - 1
- 2010, Kwiecień28 - 3
- 2010, Marzec27 - 3
- 2010, Luty11 - 3
- 2010, Styczeń10 - 10
- 2009, Grudzień4 - 2
Wpisy archiwalne w kategorii
Wyprawa
| Dystans całkowity: | 11207.81 km (w terenie 496.00 km; 4.43%) |
| Czas w ruchu: | 488:58 |
| Średnia prędkość: | 22.92 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 62.18 km/h |
| Suma podjazdów: | 48309 m |
| Suma kalorii: | 20306 kcal |
| Liczba aktywności: | 102 |
| Średnio na aktywność: | 109.88 km i 4h 47m |
| Więcej statystyk | |
Dane wyjazdu:
106.00 km
14.00 km teren
04:29 h
23.64 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:520 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 5: Lietuva
Środa, 8 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 1
O wczorajszym meczu nikt już nie pamiętał, i dobrze. Wyjazd poprzedzony był bowiem śniadaniem, na które czekaliśmy jak Żydzi na Mesjasza albo ŁKS na licznych kibiców, tyle że z lepszym skutkiem. Wyżerka była absolutnie rewelacyjna i z pełnymi brzuchami (ale i nieco później niż zwykle) ruszyliśmy na Litwę. Żeby się tam dostać musieliśmy (oj, to słowo nie znaczy tutaj wcale tego, co zwykle:) przejechać kilkadziesiąt kilometrów polskim pograniczem, przez Wiżajny, Sudawskie, Maszutkinie i Podszeszupie. Trasa piękna aż do zaparcia, tzn. do zaparcia tchu. Na Litwę wjeżdżamy dość wygodnym szutrem, co chwila stając, by porobić zdjęcia. Na Litwie wita nas ładny nowy asfalt, dowód na aneksję Litwy przez UE. Niestety, zaraz z a Liubavas asfalt ustępuje szutrowi, nie dość że nie ubitemu, to jeszcze zatłoczonemu przez pędzące ciężarówki, które napędziły Bartkowi niezłego stracha. Dopiero na głównej trasie Wisztyniec-Kalwaria droga się poprawia i 5 kilometrów do Kalwarii pokonujemy dość szybko, mimo że w twarz wieje silny wiatr. Kalwaria mocno nas rozczarowała – zjeść ni napić się tam nie da, więc zrobiliśmy tylko mały sklepowy rekonesans i w drogę na Wisztyniec. Za Kalwarią pożegnaliśmy się z Krzysiem, który celem odpowiedniego przygotowania się do powrotu do Łodzi pojechał do Oklin przez Vygreliai. Ruszyliśmy ostro, a do tego nieostrożny Bartek (trzeba to zrzucić na karb młodości) stwierdził, że nie damy radę dojechać do Wisztyńca na 15:00. My nie damy?!? Było za dwadzieścia druga i ruszyliśmy z Dawkiem z kopyta, szaleńczym tempem, czyli tempem szaleńców; był to najszybszy chyba kawałek całej wyprawy – w Wisztyńcu byliśmy za dwie trzecia, a pozwoliliśmy sobie jeszcze na pięciominutowy postój po drodze. No i co, Bartek?
Za to w Wisztyńcu pod sklepem zbrataliśmy się z narodem litewskim w postaci kilku miejscowych pijaczków – rozmowa mieszaniną polskiego, rosyjskiego i kilku litewskich zwrotów grzecznościowych była żywa i interesująca, ale nie da się jej pewnie odtworzyć. Oprócz jednego ważnego faktu, otóż pewien sympatyczny młody Litwin o imieniu Edgaras zapragnął utworzyć polsko-litewską podstawową komórkę społeczną z Eweliną, czemu ta była niestety niechętna, ku rozpaczy Edgarasa zresztą.
Przy powrocie piękną trasą z Wisztyńca wiatr już nie pomagał, ale i tak udało nam się dojechać na piątą, by zjeść wypasiony obiad (nie był już dla nas żadnym zaskoczeniem:) i pożegnać Krzysia, który udał się na PKS do Suwałk.
Jako że było to nasze pożegnanie z Oklinami, a z Wisztyńca przywieźliśmy całkiem pokaźny zapas Svyturysów, wieczorem urządziliśmy sobie przed domkiem ognisko. Svyturys lał się litrami, więc dużo z tego ogniska nie pamiętam. Ostatnią rzeczą, jaką widziałem był pląsający wokół ogniska Bartek, Dawid grający na banjo i stojąca w pozycji na baczność Ewelina, która śpiewała Pierwszą Brygadę.

Zjazd do Szeszupy© lobotomik

Za Szeszupą© lobotomik

Lietuvos Respublika© lobotomik

Kalwaria© lobotomik

Do Wisztyńca© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 100-150, 2010 Borderlands, W grupie
Dane wyjazdu:
98.42 km
2.00 km teren
04:06 h
24.00 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:505 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 4: Suwalszczyzna
Wtorek, 7 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0

Marsjańska kupa, miejsce nocnych schadzek© lobotomik

Zaczynają się hopki© lobotomik

Stary dworzec w Trakiszkach© lobotomik

A w pabas kawas, herbatas i hot-dogas© lobotomik

Losowo wygenerowane miejsca na dom© lobotomik

Po burzy w Błaskowiznie© lobotomik

Spacer przed kolacją© lobotomik

Home, sweet home© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 050-100, 2010 Borderlands, W grupie
Dane wyjazdu:
104.17 km
8.00 km teren
04:45 h
21.93 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:13.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:215 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 3: Biebrza
Poniedziałek, 6 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0

Pożegnanie z sołtysem© lobotomik

Okolice Dolistowa© lobotomik

Biebrza© lobotomik

Jestem z tych ciekawskich© lobotomik

"Promiski to takie małe obietnice"© lobotomik

Płaskie© lobotomik

Gdy psy się bawią, koty harcują© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 100-150, 2010 Borderlands, W grupie
Dane wyjazdu:
136.10 km
7.00 km teren
06:07 h
22.25 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:15.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:406 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 2: Podlasie
Niedziela, 5 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0
Niedzielny poranek przywitał nas słońcem. Pobudka, mycie, śniadanie i w drogę – najgorzej miał Krzysio, który dojechał wczoraj dopiero o 21:00. Wyruszyliśmy przed 10 i o 11:00 byliśmy w Michałowie. Tempo zauważalnie siadło, przeszkadzał wiatr, a nogi nie zdążyły się porządnie zregenerować. W Michałowie czekała na nas królewska niespodzianka – po wczorajszych parodii obiadu i pastiszu kolacji, no i po porannym żarcie ze śniadaniem: w Michałowie mieli świeżutkie, cieplutkie bułeczki prosto z pieca. I t w niedzielę! Och, jak ja się nażarłem.
Z Michałowa wyjechałem sam, a raczej w mp3-owym towarzystwie Bombay Bicycle Club. Traska ładna, no i trochę mniej lasów, których po wczorajszej puszczy Białowieskiej mieliśmy jakby trochę dosyć. Po drodze do Białegostoku tylko dwie niemiłe niespodzianki – parę kilometrów kostki w Folwarkach i ruch samochodowy na drodze nr 19.
Za to Białystok był dla mnie olśnieniem – byłem tam jakieś 10 lat temu chyba, i pamiętam syf, brud i totalny brak czegokolwiek atrakcyjnego, na czym można byłoby zawiesić wzrok. Innymi słowy, taką drugą Łódź, tylko bardziej przaśną. A tutaj pięknie odnowiony Rynek, luźna atmosfera (akurat trwał festyn, na którym napiliśmy się piwa regionalnego… z Łasku) – fajne miasto z dużą ilością przestrzeni przyjaznej dla ludzi. Innymi słowy, odwrotność Łodzi.
Ale w życiu zawsze jest tak, że jak jest dobrze, to musi się spieprzyć, więc poszliśmy na obiad do pizzerii nazywającej się bodaj Savona, gdzie zostaliśmy obsłużeni w sposób, o którym należałoby pewnie napisać opowiadanie albo bajkę dydaktyczną, ale to może innym razem. W każdym razie, jeśli ktoś to czyta: TRZYMAJCIE SIĘ Z DALEKA OD NADĘTYCH KELNEREK I JEDNORĘKIEGO KUCHARZA!
No dobrze, ale była to dopiero druga wtopa obiadowa i potem miało już być tylko lepiej! Najważniejsze jest to, ze już po 1,5 godzinie spędzonej w Savonie w oczekiwaniu na posiłki (na ich obronę trzeba powiedzieć, że herbatę przynieśli już 5 minut po zamówieniu:) ruszyliśmy na Goniądz. Było już po 15, a przed nami była więcej niż połowa drogi. Do Trzcianne(j/go) jechałem z Dawkiem, a w zasięgu wzroku mieliśmy Bartka (tj. byłby w zasięgu wzroku, gdybyśmy mieli oczy z tyłu głowy:) W Krypnie już było ciężko, a w miejscowości Trzcianne, gdzie się zatrzymaliśmy – już bardzo ciężko. W twarz wiał dość silny wiatr, no i zaczęło się robić bardzo zimno. Co gorsza, nie mieliśmy żadnych zapasów, no i marne widoki na sklep w Goniądzu otwarty w niedzielę po 20, więc ruszyliśmy z Bartkiem do Goniądza, a Dawko poczekał na Evesiss (Krzysio był jeszcze w Krypnie). W Goniądzu, kolejnym pomniku niegospodarnych samorządowców, zrobiliśmy zakupy w markecie i pojechaliśmy do Dawidowizny, gdzie mieliśmy nocować w pokojach U Sołtysa u Anny i Tomasza Jędrzejczak (WWW.dawidowizna.wirtualnabiebrza.pl) . Na miejsce dotarliśmy o 18:40, mocno nieprzytomni i zmarznięci. Nocleg był naprawdę w porządku, tak że polecamy. Za chwilę dojechali Dawko z Eweliną, niedługo potem Krzysiek, i w coraz większym chłodzie oglądaliśmy żenująco słabe polskie kabarety na dwójce, albo i na jedynce, cholera wie. Prysznic, kolacja, piwko, przechwałki samochwałki (och, jacy jesteśmy nieźli, tyle kilometrów, w taki wiatr i w takie zimno, hej, chcemy ordery od prezia i w ogóle) i do łóżka.
Aha, obejrzeliśmy też rogoże pogody, według której miało padać cały następny dzień, a temperatura miała wynieść maksimum 12 stopni. No i nam przeszło samozadowolenie…

Jezioro Siemianowskie© lobotomik

Siemianówka© lobotomik

Białystok ładniejszy niż myślałem© lobotomik

A na rynku był festyn© lobotomik

Byle go Goniądza© lobotomik
Kategoria 100-150, Wyprawa, 2010 Borderlands, W grupie
Dane wyjazdu:
127.65 km
8.00 km teren
05:04 h
25.19 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:16.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:340 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 1: Białowieża
Sobota, 4 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 2
Rozpoczęło się, jak zwykle, od PKP, czyli od królestwa Bartosza, który zgodnie ze swoimi królewskimi prerogatywami zameldował się na Fabrycznym prawie ostatni, to znaczy 15 minut przed Krzyśkiem, zaliczając jeszcze po drodze pierwszą wywrotkę a la spd.
Pociąg ruszył o 6:54 i w Wawie byliśmy punktualnie, choć oczywiście nie było przedziału dla rowerów. Za to w Wawie wsiedliśmy w pociąg do Gdyni (tak, jechał przez Białystok:) wyposażony w komfortową część przeznaczoną do przewozu rowerów. Jedyny minus był taki, że przyjechał spóźniony, ale nie dziwota – jeśli z Katowic do Warszawy meandrował tak samo jak z Warszawy do Gdyni… W Łapach (które zrobiły na mnie dość przygnębiające wrażenie; już po powrocie przeczytałem gdzieś artykuł o ekonomicznej stagnacji tego miasteczka) byliśmy dopiero o 11:30, a że przed nami było około 130 km od razu ruszyliśmy w drogę.
Trasa do Bielska całkiem fajna, z niedużymi przewyższeniami i uroczym babim latem, którym oblepieni jechaliśmy przez jakieś 20 kilometrów. Wiatr nie przeszkadzał, świeciło słońce i ruszyliśmy z Dawidem dość ostro, tak że już o 13:00 (a dokładnie 13:02) byliśmy w Bielsku Podlaskim. Niebawem dojechali Bartek i Ewelina, którzy oddali się orgiastycznym zakupom w sklepie sieci Lidl, przez co wprawdzie i tak później marzli, ale za to marzli mniej. Z Bielska bardzo dobrym tempem (nawet nas zdziwiło) do Hajnówki, gdzie w plackarni (naprawdę) na 3-go Maja „raczyliśmy się” kawą i herbatą. Połowa była za nami, ale było już przed trzecią…
Utrzymaliśmy dobre tempo do Białowieży, w której byliśmy tuż przed 16:00, i w miejscowym zajeździe zjedliśmy obiad, o którym napisze tyle, że był. No dobra, i że był skandalicznie drogi i niesatysfakcjonujący. Do obiadu Żubr (w końcu Białowieża), ale żeby płacić za niego 7pln? Zdzierstwo, jak mawiała moja babcia.
W międzyczasie dojechał Krzysio, ale – kierując się rozsądkiem, którego nabywa się wraz z upływem czasu – zjadł obiad w innym miejscu. Z tego, co pamiętam, również nie był specjalnie zachwycony.
Do Siemianówki ruszyłem z Bartkiem. Wybraliśmy drogę naokoło, ciesząc się puszczą i konwersacją nieco dłużej, a i droga była lepsza. Stanęliśmy na chwilę w Narewce na leśnym parkingu i ruszyliśmy na Siemianówkę. Po drodze dogoniliśmy Dawka i Ewelinę, którzy pojechali krótszą drogą. W Siemianówce byliśmy o 19:00, co jak na tak późny start było niezłym wynikiem. Zrobiliśmy zakupy w najgorzej zaopatrzonym sklepie świata i udaliśmy się na nocleg – u państwa Biryckich na Szkolnej 14. Nocleg pierwsza klasa, świetne warunki i miła gospodyni – żartom i zabawom nie było końca; przygrywali Minchin (sorry, Evesiss), Broken Bells i The Drums, och jak było fajnie.

Na dworcu w Warszawie© lobotomik

i na dworcu w Łapach© lobotomik

Daffyd rozkręca tempo za Hajnówką© lobotomik

Tutaj lepiej nie jeść© lobotomik

W Siemianówce© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 100-150, 2010 Borderlands, W grupie
Dane wyjazdu:
87.41 km
0.00 km teren
04:37 h
18.93 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:23.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Świnoujście - Liberec [Day 7: Zgorzelec - Liberec]
Piątek, 25 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 0
Trasa: [PL] Zgorzelec - [GER] - Gorlitz - Ostritz - Zittau - [CZ] - Hradek nad Nisou - Bily Kostel nad Nisou - Krystofovo Udoli - LiberecOstatni dzień wyprawy zaczęliśmy wcześnie rano, wyjechaliśmy ze Zgorzelca przed 9:00. Ponieważ Görlitz zrobiło na nas duże wrażenie, chcieliśmy pokręcić się trochę po centrum i porobić trochę zdjęć. Na rynku wypiliśmy kawę i chłopaki jeszcze sobie posiedzieli, a ja znowu samotnie ruszyłem w kierunku Zittau. Trasa była piękna i malownicza, zaczęły się przewyższenia, które urozmaicały jazdę. W Zittau byłem o 12:00, w knajpce na rynku zamówiłem piwo i czekałem chłopaków, którzy dojechali o kilkunastu minutach, czyli musieli jechać szybciej ode mnie. Piwo, podane w oryginalnych kuflach w kształcie buta, było znakomite i wypiliśmy po dwa, żegnając się w ten sposób z Niemcami. Do granicy jechaliśmy już razem, zaraz po wjechaniu do Czech zauważając, że poziom infrastruktury znacząco spada – oznaczenia były niedokładne, a trasa wytyczona została po normalnych drogach asfaltowych, a nie specjalną ścieżką rowerową. Fatalne oznaczenia miały zresztą wpływ na naszą trasę: za Hradkiem skierowały nas w złą stronę, przez co na odcinku 4 kilometrów musieliśmy się wbić na jakąś górę o wysokości 589 metrów, jak informowała tabliczka na szczycie. Praktycznie wyglądało to tak, że jechałem 100 metrów, zsiadałem z roweru (o ile udało mi się wypiąć) lub przewracałem się wraz z nim (gdy nie udało mi się wypiąć). Luka poradził sobie najlepiej i pierwszy dojechał na szczyt, na którym poczekaliśmy jeszcze trochę na chłopaków, niemożliwie zmęczeni. Z tym szczytem był taki problem, że można było z niego zjechać czterema drogami – ta, którą przyjechaliśmy w oczywisty sposób nie była opcją, więc pozostawały trzy do wyboru. Wiedzieliśmy już, że nie jesteśmy na naszej trasie (nikt o zdrowych zmysłach nie wytyczyłby takiej drogi dla niemieckich emerytów na rowerach:), i logiczne wydawało się pojechanie na północ. Problem był taki, że na północ droga była kamienista i… wiła się jeszcze wyżej pod górę. Tymczasem droga na wschód prowadziła z górki i była asfaltowa, a drogowskaz pokazywał Krisotofovo. Zdecydowaliśmy z Luką zjechać tą właśnie drogą, tym bardziej że udało nam się znaleźć owo Kristofovo na mapie i wiedzieliśmy, że prowadzi od niego droga do Liberca. Groziło nam co najwyżej to, że nadrobimy parę kilometrów, ale co tam.
Zjazd był kosmiczny, trzeba było mocno ograniczać prędkość, ale nagroda w postaci doliny, w której znajdowało się Kristofovo była warta wcześniejszych wysiłków ze zdobywaniem podjazdu. W lokalnej gospodzie napiliśmy się piwka o nazwie Konrad, zjedliśmy jakieś orzeszki, wciąż czekając z Luką na Bartka i Krzysia. Jak się okazało, chłopaki nie pojechali za nami, obawiając się, że będą musieli nadłożyć drogi. Wybrali drogę na północ, i jak okazało się, nie dość że musieli się wspiąć jeszcze wyżej, to nawet z góry musieli rowery sprowadzać, bo droga pełna była kamieni i kolein. Ponieważ nie przyjeżdżali, ruszyliśmy na Liberec malowniczą drogą przez letnie górskie domki, a później zaniedbane cygańskie osiedla. Do samego Liberca musieliśmy wjechać trasą szybkiego ruchu, co nie było komfortowe, ale na szczęście trwało dość krótko. Liberec okazał się bardzo ładny, ale Luka zgubił okulary, a raczej zostawił je na oknie pod Informacją Turystyczną, a za pięć minut już ich nie było, czyli prawie jak w domu.
Nocleg znaleźliśmy w akademiku Uniwersytetu Technicznego; warunki całkiem fajne i nie robili nam problemu z rowerami. Cały następny dzień spędziliśmy na wałęsaniu się po Libercu (na zaplanowaną wycieczkę rowerową zabrakło już sił i woli), a wieczorem zjechaliśmy z rowerami do restauracji, gdzie oglądaliśmy mecze i czekaliśmy na Anitę, która przyjechała po nas samochodem. A potem w drogę do Łodzi i to był już koniec.

Gorlitz - wiadukt nad Nysą Łużycką© lobotomik

Nysa Łużycka© lobotomik

Rynek w Zittau© lobotomik

Kristofovo (Luka)© lobotomik

Ratusz w Libercu© lobotomik
Kategoria 2010 Oder-Neisse Radweg, 050-100, Wyprawa
Dane wyjazdu:
127.92 km
0.00 km teren
05:17 h
24.21 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:23.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Świnoujście - Liberec [Day 6: Gubin - Zgorzelec]
Czwartek, 24 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 1
Trasa: [PL] - Gubin - [GER] - Guben - Forst - Bad Muskau - Rothenburg - Gorlitz - [PL] - ZgorzelecKrólewski etap wyprawy – około 130 km do Zgorzelca. Niby nie dużo, ale w rozmowach w dni poprzednie przewijał się jako coś demonicznego i groźnego. Jak się okazało, zupełnie bez powodu.
Nocleg namierzyliśmy i zarezerwowaliśmy już wcześniej, korzystając z papierowej bazy danych przygotowanej przez Bartka, zatem jechało się bez większego stresu. Tego dnia miałem ochotę na samotność, więc wyjechałem z Gubina jeszcze przed wszystkimi i całą trasę do Zgorzelca jechałem samotnie. Całą drogę starałem się utrzymać równe tempo i ostatecznie etap przejechałem dość szybko: już o 14:00 byłem w Zgorzelcu na miejscu noclegu.
Zatrzymywałem się co 15-20km, ale góra na 5 minut. Najpierw w Forst, a potem w kolejnych miejscowościach, w których witały mnie dwujęzyczne napisy, pamiątki po Słowianach żyjących w Niemczech. Na moment zatrzymałem się w Bahren, a na chwilę dłużej w Bad Muskau, żeby zwiedzić imponujący park. Z Bad Muskau do Rothenburga zdecydowałem się jechać główną drogą, a nie ścieżką rowerową, robiąc krótki postój w lesie na wysokości miejscowości Werdeck. Z Rothenburga przez Zodel dojechałem do Görlitz, które powaliło mnie swoją urodą. Zza rzeki Zgorzelec też wyglądał nie najgorzej, ale potem przejechałem most i już nie było tak różowo: odrapane budynki, szare brudne ulice, pijacy i żule, agresywni kierowcy – cały ten koktajl, który nazywa się Polska i który sprawia, że chce się rzygać. Szkoda była tym większa, że Zgorzelec uniknął dramatycznych zniszczeń podczas wojny i pełen jest zajebistych secesyjnych kamienic, o jakich Piotrkowska może pomarzyć. Niestety, takie same kamienice po stronie niemieckiej są odmalowane i lśnią czystością, a po stronie polskiej wyglądają jak ulica Wschodnia w Łodzi w sobotnie popołudnie. Cóż, może następna powódź zaleje i woda już nie opadnie, przynajmniej będzie jezioro.
Nie bez problemów udało mi się zlokalizować nocleg na ulicy Szymanowskiego, zadekowałem się (właścicielka nawet miła, ale w końcu to Polska, więc ostrzegła mnie, żebym zamykał drzwi na klucz, bo… wynajmuje pokój Murzynowi!!!), wziąłem prysznic i poszedłem po GW do poczytania i po kilo czereśni do zjedzenia. Zjadłem, poczytałem i koło 16:00 przyjechał Luka z Bartkiem i wspólnie obejrzeliśmy pokoju mecz, w którym Słowacy upokorzyli Włochów. Radości i swawoli nie było końca. Przez telefon rozmowa z ultrazadowolnym Dawidem, który na takie upokorzenie Włochów czekał całymi latami. Po meczu dojechał Krzysiu, który po drodze pobłądził i bóg jeden wie, ile narobił kilometrów, bo nie ma licznika. Na obiad zeszliśmy do centrum, gdzie niezwykle gadatliwy i sympatyczny kelner polecił nam znakomite lokalne piwo, które śmiało mogło konkurować z ciemnymi piwami niemieckimi. Obiad już trochę mniej znakomity (zamówiłem filet z łososia, ale był mikry i cosik niedosmażony), potem sklep, czyli zapasy alkoholowo-kolacyjno-śniadaniowe, w pokoju drugi mecz, tym razem bodaj odpadła Dania, paciorek, siusiu i spać. Jutro czekał nas ostatni dzień trasy i najbardziej wymagający.

Such a lonely day© lobotomik

Park w Bad Muskau© lobotomik

Tak wygląda Gorlitz...© lobotomik

...a tak nasz nocleg w Zgorzelcu© lobotomik

Kamienice w Gorlitz© lobotomik
Kategoria 2010 Oder-Neisse Radweg, 100-150, Wyprawa
Dane wyjazdu:
76.20 km
0.00 km teren
03:45 h
20.32 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Świnoujście - Liberec [Day 5: Słubice - Gubin]
Środa, 23 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 0
Trasa: [PL] Słubice - [GER] - Frankfurt (Oder) - Eisenhuuttenstadt - Guben - [PL] - GubinWyjechaliśmy około 9 z Luką, bo chłopaki długo mordowali się ze śniadaniem. Szybka kawa w Słubicach, przejazd przez Frankfurt i wyjazd na trasę do Guben. Znowu jechało się świetnie, byliśmy z Luką w Guben już około 14:00 i od razu udało nam się znaleźć nocleg przy samej granicy, w domu turysty PTTK, obecnie przejętym w ajencję. Warunki były fatalne, ale cena niewysoka, więc nie marudziliśmy. Odległość 67 km pozostawiała spory niedosyt, więc ruszyliśmy z Luką pozwiedzać polski Gubin i niemieckie Guben, które dzieli tylko dość wąska w tym miejscu rzeka. O polskim Gubinie nic już pisać nie będę, żeby się nie pastwić, napiszę tylko, że jest to miasteczko paskudne, ale ma McDonalda. Natomiast po stronie niemieckiej wygląda wspaniale, po pierwszym meczu (znowu nie pamiętam, kto grał, beznadziejny ten mundial) zrobiliśmy sobie jeszcze wszyscy w czwórkę spacer po Guben, które wygląda świetnie i robi zajebiście przyjazne wrażenie. Kilka rozwiązań architektonicznych niezwykle interesujących, choćby miejska biblioteka w starych budynkach fabrycznych czy miejski ratusz. Ponieważ był to już piąty dzień, nawet nas to już nie frustrowało – po prostu przyjmowaliśmy to jako coś oczywistego: po tej stronie jest ładnie, po drugiej ohydnie. Aha, no i Luka kupił magnes na lodówkę:)
Po powrocie ze spaceru zjedliśmy drugi obiad, obejrzeliśmy drugi mecz i poszliśmy spać. Pokój był trzyosobowy, Pani doniosła nam materac dla czwartej osoby. Bartek i Krzysio losowali, kto będzie na nim spał i Krzysio wygrał, ale chyba nie wyszedł na tym najgorzej, bo łóżka były zajebiście niewygodne.

Luka Odrzański© lobotomik

Is there life on Mars?© lobotomik

Boys are back in town!© lobotomik

Mural stulecia (ubiegłego) - Gubin© lobotomik

Christopher© lobotomik

Ławka do czytania (Guben)© lobotomik

Biblioteka miejska (Guben)© lobotomik
Kategoria 2010 Oder-Neisse Radweg, 050-100, Wyprawa
Dane wyjazdu:
105.17 km
0.00 km teren
04:06 h
25.65 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Świnoujście - Liberec [Day 4: Cedynia - Słubice]
Wtorek, 22 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 0
Trasa: [PL] - Cedynia - Osinów - [GER] - Hohenwutzen - Kustrin - Lebus - Frankfurt (Oder) - [PL] - SłubiceWtorek przywitał nas niezłą pogodą, więc szybko zjedliśmy śniadanie i w drogę, żeby jak najszybciej dojechać do granicy. Od granicy cały czas jechaliśmy Oder-Neisse Radweg, bardzo szybkim tempem. Po drodze stanęliśmy na kawkę w malowniczej wiosce, Krzysio popstrykał zdjęcia i ruszyliśmy dalej. Trzymaliśmy tempo ok. 30km/h, ale nagle Luka przyspieszył. Trochę się zagapiłem i zanim się obejrzałem był już kilkaset metrów przede mną i przy tym tempie nie miałem szans, żeby go dogonić. Czekał na mnie w Kietz, skąd już we dwójkę ruszyliśmy piękną trasą na Frankfurt, cały czas utrzymując dość wysokie tempo, o które stopniowo było coraz trudniej, bo droga zaczęła meandrować i zaczęły się niezłe przewyższenia.
Frankfurt okazał się być dużym miastem, zadbanym i – w przeciwieństwie do innych miejscowości na naszej trasie – zaludnionym. Linie tramwajowe, uniwersytet, piękna, odnowiona zabudowa, a za nami prawie stówka – czuliśmy się zadowoleni, spełnienie i europejscy.
W knajpce na rynku zamówiliśmy ciemne piwo, a w zasadzie 2 litry ciemnego piwa, które kelnerka – zakładam, że z odrobiną złej woli – przyniosła nam w… jednym kuflu. Nic to – jakoś się podzieliliśmy, dojechał Bartek, potem Krzysio i ruszyliśmy przez most do Słubic. Tradycyjnie, szok kulturowy po przekroczeniu granicy był spory, ale tego dnia dość znośny – Słubice robiły przynajmniej wrażenie miasta posprzątanego:). Nocleg mieliśmy w hotelu sportowym za targowiskiem na wylocie z miasta. Warunki takie sobie, materace bardzo niewygodne, ale można było na miejscu zjeść i obejrzeć mecz, tym razem było to upokorzenie Francuzów, które przyjęliśmy z radością. Jakoś dobrze nam się gadało, więc po meczu zakupiliśmy kolejne piwa i trwały nocne Polaków rozmowy, tym bardziej że jutro czekał nas lekki i niewymagający dzień, raptem 70 km.

Nieczynny (?) most na Odrze© lobotomik

Po drodze© lobotomik

Frankfurt - wesołe miasto© lobotomik

Dwa litry w jednym© lobotomik
Kategoria 2010 Oder-Neisse Radweg, 100-150, Wyprawa
Dane wyjazdu:
92.99 km
0.00 km teren
03:51 h
24.15 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Świnoujście - Liberec [Day 3: Szczecin - Cedynia]
Poniedziałek, 21 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 2
Trasa: [PL] - Szczecin - Kołbaskowo - [GER] - Gartz - Schwedt - Hohensaaten - [PL] - Osinów - CedyniaNocleg w Szczecinie – całkiem przypadkiem – udało nam się znaleźć przy wylotówce na Kołbaskowo, co oszczędziło nam trudu przebijania się przez to nie najpiękniejsze w końcu, i dość zatłoczone miasto.
Do Kołbaskowa dojechaliśmy dość szybko, ruch był mały a wiatr wiał w plecy. Utrzymywaliśmy z Luką niezłą średnią i zdecydowaliśmy, żeby jej nie psuć: do Gartz pojechaliśmy zatem nie trasą rowerową, tylko głównym asfaltem, zwłaszcza że ruch był tego dnia niewielki. W Gartz chwila przerwy, jakieś batoniki i sesja fotograficzna z miejscowym kotem w roli głównej i jazda do Schwedt, też główną drogą (Krzysio i Bartek spory kawałek przejechali trasą rowerową). Tempo nie spadało, bo cały czas pomagał nam wiatr, dobra nawierzchnia i mały ruch samochodowy. Schwedt okazało się dość sporym miastem, z bardzo fajnym deptakiem w centrum. Znaleźliśmy kafejkę i zamówiliśmy tanią i wielką Latte, a potem w kierunku Odry i ścieżką rowerową wzdłuż rzeki, w towarzystwie ptactwa wszystkich bodaj możliwych rodzajów po ścieżce rowerowej poprowadzonej po wale przeciwpowodziowym, szerokiej jak autostrada i równej jak stół, aż do Hochensaaten, gdzie odbiliśmy na Cedynię. Research noclegowy nie wypadł najlepiej – wszystkie kwatery agroturystyczne były dość daleko od granicy, co dodałoby nam 20km dzisiaj i 20 km jutro, na co nie mieliśmy specjalnej ochoty. Zdecydowaliśmy się więc z Luką, że poszukamy czegoś w Cedyni, o której jedyna nasza wiedza pochodziła z lekcji historii w szkole podstawowej. Faktycznie, kilka kilometrów przed Cedynią, po przejechaniu przez ciąg straganów z petami, zauważyliśmy dostojny monument upamiętniający tryumf polskiego oręża w walce z teutońskim najeźdźcą. Był to, niestety, jedyny akcent tryumfu jaki miał się nam z Cedynią kojarzyć. Miasteczko tak nieprawdopodobnie odpychające, zaniedbane i brudne, że wszystkim nam zepsuło humory. O noclegu w rozsądnym przedziale cenowym można było co najwyżej pomarzyć, więc marzyliśmy. Zrobiliśmy z Luką rundkę po tzw. centrum, wyjechaliśmy kilka km za miasteczko, gdzie rzekomo miały być jakieś miejsca noclegowe, ale niestety nie było tam nic – w ogóle Cedynia wyglądała jak urzeczywistnienie zapowiedzi Kononowicza.
Przyjechały chłopaki i popijając piwko zastanawialiśmy się, co robić. Ponieważ – o słodka naiwności – zależało nam na obejrzeniu meczu (grało, bodaj, Chile), zdecydowaliśmy się na nocleg w miejscu o znamienitej nazwie Hotel Margo. Hotel Margo, aczkolwiek imitował hotel, okazał się być zwykłym burdelem albo czymś bardzo od burdelu nieodległym. Nocleg kosztował 60PLN, warunki były takie sobie, żarcie – jak na burdel – całkiem ok., a królowe nocy, widząc naszą indyferencję, szybko straciły zainteresowanie nami rozpływając się w papierosowym dymie. Miejsce, bez dwóch zdań, dla Cedyni reprezentatywne. Napisałem wcześniej, że niemieckie miasteczka wyglądają jakby za chwilę zza budynków miały wyłonić się zombiaki – polskie, bez wyjątku, przynajmniej podczas naszej podróży, jakby zombiaki już były wyszły i dokonały swojego bezrozumnego dzieła destrukcji. Na szczęście jutro czekał nas tylko kilkukilometrowy kawałek po naszej ojczyźnie, a potem cały dzień po stronie niemieckiej, aż do Frankfurtu.
PS (29/8/2010): No rzeczywiście, do Cedyni wjechaliśmy we trzech z Luką i Bartkiem, a jako że Bartek jest najmłodszy i najprzystojniejszy, to rzecz jasna wysłaliśmy go do "hotelu" Margo z misją wynegocjowania jakiejś przystępniejszej ceny za nocleg niż owe 80PLN, które nam najpierw zaśpiewano. Bartkowi udało się wynegocjować zniżkę, ale cały wieczór był jakiś wycofany i nieobecny, wbijał wzrok w ścianę, a w pewnej chwili zauważyłem, że drżą mu dłonie - nie chciał nam zdradzić, co zdarzyło się tego przeklętego popołudnia w Hotelu Margo.

To Gartz (Luka)© lobotomik

Freizeit in Schwedt© lobotomik

Odra© lobotomik

A może po Polskiej stronie też jest ładnie?© lobotomik
Kategoria 2010 Oder-Neisse Radweg, 050-100, Wyprawa

