Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi lobotomik z miasteczka Łódź. Z Bikestats mam przejechane 52176.99 kilometrów w tym 4091.50 w terenie.
Więcej o mnie.

STATS
pre-Bikestats:
2000 -----> 2057 km
2001 -----> 3616 km
2002 -----> 3206 km
2003 -----> 2200 km
2004 -----> 3517 km
2005 -----> 3686 km
2006 -----> 3077 km
2007 -----> 2857 km
2008 -----> 3162 km
2009 -----> 5859 km

Bikestats:
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lobotomik.bikestats.pl
Dane wyjazdu:
92.99 km 0.00 km teren
03:51 h 24.15 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Świnoujście - Liberec [Day 3: Szczecin - Cedynia]

Poniedziałek, 21 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 2

Trasa: [PL] - Szczecin - Kołbaskowo - [GER] - Gartz - Schwedt - Hohensaaten - [PL] - Osinów - Cedynia

Nocleg w Szczecinie – całkiem przypadkiem – udało nam się znaleźć przy wylotówce na Kołbaskowo, co oszczędziło nam trudu przebijania się przez to nie najpiękniejsze w końcu, i dość zatłoczone miasto.
Do Kołbaskowa dojechaliśmy dość szybko, ruch był mały a wiatr wiał w plecy. Utrzymywaliśmy z Luką niezłą średnią i zdecydowaliśmy, żeby jej nie psuć: do Gartz pojechaliśmy zatem nie trasą rowerową, tylko głównym asfaltem, zwłaszcza że ruch był tego dnia niewielki. W Gartz chwila przerwy, jakieś batoniki i sesja fotograficzna z miejscowym kotem w roli głównej i jazda do Schwedt, też główną drogą (Krzysio i Bartek spory kawałek przejechali trasą rowerową). Tempo nie spadało, bo cały czas pomagał nam wiatr, dobra nawierzchnia i mały ruch samochodowy. Schwedt okazało się dość sporym miastem, z bardzo fajnym deptakiem w centrum. Znaleźliśmy kafejkę i zamówiliśmy tanią i wielką Latte, a potem w kierunku Odry i ścieżką rowerową wzdłuż rzeki, w towarzystwie ptactwa wszystkich bodaj możliwych rodzajów po ścieżce rowerowej poprowadzonej po wale przeciwpowodziowym, szerokiej jak autostrada i równej jak stół, aż do Hochensaaten, gdzie odbiliśmy na Cedynię. Research noclegowy nie wypadł najlepiej – wszystkie kwatery agroturystyczne były dość daleko od granicy, co dodałoby nam 20km dzisiaj i 20 km jutro, na co nie mieliśmy specjalnej ochoty. Zdecydowaliśmy się więc z Luką, że poszukamy czegoś w Cedyni, o której jedyna nasza wiedza pochodziła z lekcji historii w szkole podstawowej. Faktycznie, kilka kilometrów przed Cedynią, po przejechaniu przez ciąg straganów z petami, zauważyliśmy dostojny monument upamiętniający tryumf polskiego oręża w walce z teutońskim najeźdźcą. Był to, niestety, jedyny akcent tryumfu jaki miał się nam z Cedynią kojarzyć. Miasteczko tak nieprawdopodobnie odpychające, zaniedbane i brudne, że wszystkim nam zepsuło humory. O noclegu w rozsądnym przedziale cenowym można było co najwyżej pomarzyć, więc marzyliśmy. Zrobiliśmy z Luką rundkę po tzw. centrum, wyjechaliśmy kilka km za miasteczko, gdzie rzekomo miały być jakieś miejsca noclegowe, ale niestety nie było tam nic – w ogóle Cedynia wyglądała jak urzeczywistnienie zapowiedzi Kononowicza.
Przyjechały chłopaki i popijając piwko zastanawialiśmy się, co robić. Ponieważ – o słodka naiwności – zależało nam na obejrzeniu meczu (grało, bodaj, Chile), zdecydowaliśmy się na nocleg w miejscu o znamienitej nazwie Hotel Margo. Hotel Margo, aczkolwiek imitował hotel, okazał się być zwykłym burdelem albo czymś bardzo od burdelu nieodległym. Nocleg kosztował 60PLN, warunki były takie sobie, żarcie – jak na burdel – całkiem ok., a królowe nocy, widząc naszą indyferencję, szybko straciły zainteresowanie nami rozpływając się w papierosowym dymie. Miejsce, bez dwóch zdań, dla Cedyni reprezentatywne. Napisałem wcześniej, że niemieckie miasteczka wyglądają jakby za chwilę zza budynków miały wyłonić się zombiaki – polskie, bez wyjątku, przynajmniej podczas naszej podróży, jakby zombiaki już były wyszły i dokonały swojego bezrozumnego dzieła destrukcji. Na szczęście jutro czekał nas tylko kilkukilometrowy kawałek po naszej ojczyźnie, a potem cały dzień po stronie niemieckiej, aż do Frankfurtu.

PS (29/8/2010): No rzeczywiście, do Cedyni wjechaliśmy we trzech z Luką i Bartkiem, a jako że Bartek jest najmłodszy i najprzystojniejszy, to rzecz jasna wysłaliśmy go do "hotelu" Margo z misją wynegocjowania jakiejś przystępniejszej ceny za nocleg niż owe 80PLN, które nam najpierw zaśpiewano. Bartkowi udało się wynegocjować zniżkę, ale cały wieczór był jakiś wycofany i nieobecny, wbijał wzrok w ścianę, a w pewnej chwili zauważyłem, że drżą mu dłonie - nie chciał nam zdradzić, co zdarzyło się tego przeklętego popołudnia w Hotelu Margo.





To Gartz (Luka) © lobotomik


Freizeit in Schwedt © lobotomik


Odra © lobotomik


A może po Polskiej stronie też jest ładnie? © lobotomik



Komentarze
lobotomik
| 18:26 sobota, 28 sierpnia 2010 | linkuj Ok ok - jutro wszystko wyedytuję. Wiesz, co mówią o pamięci:)
Bartek | 11:58 sobota, 28 sierpnia 2010 | linkuj Ej, nie chcę się czepiać - opis jest bardzo fajny... ale do Cedyni wjechaliśmy we trzech i w dodatku to mnie (jako najmłodszego!) wysłaliście z Luką do "hotelu" negocjować cenę za nocleg ;)
Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa rkres
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]