Info
Więcej o mnie.
STATS
pre-Bikestats:
2000 -----> 2057 km
2001 -----> 3616 km
2002 -----> 3206 km
2003 -----> 2200 km
2004 -----> 3517 km
2005 -----> 3686 km
2006 -----> 3077 km
2007 -----> 2857 km
2008 -----> 3162 km
2009 -----> 5859 km
Bikestats:
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2014, Grudzień1 - 0
- 2014, Listopad11 - 0
- 2014, Październik15 - 0
- 2014, Wrzesień18 - 0
- 2014, Sierpień16 - 0
- 2014, Lipiec22 - 0
- 2014, Czerwiec20 - 0
- 2014, Maj23 - 0
- 2014, Kwiecień24 - 0
- 2014, Marzec25 - 0
- 2014, Luty20 - 0
- 2014, Styczeń21 - 0
- 2013, Grudzień7 - 0
- 2013, Listopad12 - 0
- 2013, Październik21 - 0
- 2013, Wrzesień21 - 0
- 2013, Sierpień25 - 0
- 2013, Lipiec25 - 0
- 2013, Czerwiec20 - 0
- 2013, Maj28 - 0
- 2013, Kwiecień29 - 0
- 2013, Marzec23 - 0
- 2013, Luty23 - 0
- 2013, Styczeń27 - 0
- 2012, Grudzień8 - 0
- 2012, Listopad13 - 2
- 2012, Październik21 - 0
- 2012, Wrzesień18 - 0
- 2012, Sierpień21 - 3
- 2012, Lipiec17 - 0
- 2012, Czerwiec22 - 0
- 2012, Maj26 - 3
- 2012, Kwiecień26 - 2
- 2012, Marzec24 - 5
- 2012, Luty22 - 3
- 2012, Styczeń20 - 3
- 2011, Grudzień10 - 1
- 2011, Listopad13 - 0
- 2011, Październik16 - 0
- 2011, Wrzesień22 - 7
- 2011, Sierpień27 - 5
- 2011, Lipiec24 - 6
- 2011, Czerwiec24 - 9
- 2011, Maj26 - 27
- 2011, Kwiecień26 - 51
- 2011, Marzec25 - 36
- 2011, Luty20 - 9
- 2011, Styczeń22 - 22
- 2010, Grudzień4 - 0
- 2010, Listopad12 - 4
- 2010, Październik22 - 56
- 2010, Wrzesień18 - 18
- 2010, Sierpień30 - 8
- 2010, Lipiec24 - 2
- 2010, Czerwiec27 - 9
- 2010, Maj26 - 1
- 2010, Kwiecień28 - 3
- 2010, Marzec27 - 3
- 2010, Luty11 - 3
- 2010, Styczeń10 - 10
- 2009, Grudzień4 - 2
Wpisy archiwalne w kategorii
2010 Borderlands
| Dystans całkowity: | 923.62 km (w terenie 65.00 km; 7.04%) |
| Czas w ruchu: | 40:22 |
| Średnia prędkość: | 22.88 km/h |
| Suma podjazdów: | 3279 m |
| Liczba aktywności: | 9 |
| Średnio na aktywność: | 102.62 km i 4h 29m |
| Więcej statystyk | |
Dane wyjazdu:
12.02 km
0.00 km teren
00:41 h
17.59 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 9: Powrót
Niedziela, 12 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 1
Wszystko, co dobre swój koniec miewa… Wczesna pobudka z głową wcale-nie-ciężką po wczorajszym miodzie, szybkie śniadanie i w drogę na stacje PKP Ostróda (gdzie Bartek znów mógł się poczuć jak w domu, zanim jeszcze do domu dojechał).Mgła była tak duża, że praktycznie nie było nic widać na odległość 10 metrów, ale drogę do Ostródy mieliśmy już rozpracowaną dzięki wczorajszym peregrynacjom do sklepu. Na dworcu jak to na dworcu – brudno, szaro i brzydko, tak więc prawie jak w Łodzi. Pociąg do Torunia bez miejsca do przewozu rowerów, więc cisnęły się biedne bike’i niemiłosiernie, a że pani konduktorka nie należała do najmilszych, to i my jakoś tacy nie dość że smutni, to jeszcze podkurwieni.
W Toruniu przesiadka na pociąg równie doskonale nieprzystosowany do przewozu rowerów, a potem to już tylko ciągnące się niemal w nieskończoność i nudne jak flaki z olejem równiny aż do samej Łodzi. Na Żabieńcu wysiadka i … to już koniec tej bodaj najfajniejszej wyprawy w jakiej uczestniczyłem…

Za dużo Kinga© lobotomik

W tej mgle znikniemy© lobotomik

Niektórzy zostają w Ostródzie© lobotomik

A z mgły wynurzy się wielki pociąg i...© lobotomik
[PODSUMOWANIE CAŁOŚCI:
DNI: 9;
ODLEGŁOŚĆ: 923,62;
AVG: 22,88;
RÓŻNICA WYSOKOŚCI: 247 metrów;
PRZEWYŻSZENIA: 3283 metry]
Kategoria Wyprawa, 000-025, 2010 Borderlands
Dane wyjazdu:
129.29 km
12.00 km teren
05:50 h
22.16 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:582 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 8: Warmia
Sobota, 11 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0
Och, jaki to był wspaniały dzień! Piękna pogoda, zajebiście malownicza trasa i niezłe tempo – idealny finał wyprawy. Ale od początku:
Z Dąbrowy ruszyliśmy już o 9 rano w doskonałych humorach, jako że wieczór wczorajszy był bardzo udany, a Evesiss, jak się zdaje, poradziła sobie z nieszczęsnym Achillesem. Wjechaliśmy na chwilę do Bartoszyc tylko po to, by zaraz odbić na Pieszkowo i potem na Lidzbark Warmiński. Trasa była wspaniała, a pagórkowate i, zdawało się, bezkresne pola nabierały jeszcze jakiegoś niesamowitego wymiaru w porannej gęstej mgle. Prawie do Pieszkowa jechałem z Dawkiem, po drodze trochę pobłądziliśmy, ale nic to! – tym więcej fajnych terenów zobaczyliśmy. Przed skrętem na Lidzbark Dawko mi odszedł na podjeździe, więc nie było już sensu się spieszyć i Pieszkowie stanąłem na chwilę na fajkę. Wjazd do Lidzbarka świetny – dobry asfalt, mały ruch i praktycznie ciągle z górki. W Lidzbarku pod bramą czekał już Dawko i usiedliśmy w pierog arni, która była również pizzerią i pubem. Niebawem wszyscy się zjechali, choć Ewelina trochę pobłądziła – chcąc skrócić sobie drogę wypadła na jakieś polne ścieżynki zalane wodą po ostatnich deszczach i wyglądała, by znowu użyć ulubionej frazy mojej babci, jak nieboskie stworzenie. Uraczyliśmy się z Bartkiem pierogami (znakomitymi!) i kawą (mniej znakomitą, za to dużą) i ponieważ miałem ochotę na dzień samotnej jazdy, wyjechałem wcześniej w kierunku Łukty. Zrobiłem jeszcze małą rundkę po Lidzbarku, by zobaczyć zamek i wyjechałem na zachód, w kierunku Ornety. Dzień był coraz ładniejszy – słońce rozgoniło już mgłę i robiło się przyjemnie ciepło, a to coś, czym na tej wyprawie nie mogliśmy się cieszyć. Aż trudno uwierzyć, ale po zjeździe z trasy na Ornetę zrobiło się jeszcze ładniej – przez kilkanaście kilometrów miałem po lewej stronie dolinę Łyny, a że jechałem wzniesieniami, widoki były piękne. W Urbanowie zerknąłem na miejscową golgotę, ale nie chciało mi się zsiadać z roweru, by ją obfotografować – mam zasadę, że zsiadam tylko dla wojtyłków. A szkoda, bo, jak powiedział mi później Dawid, w Urbanowie wypatrzyli coś na kształt olbrzymiego drewnianego serca Jezusa, obłęd. Za Pietraszewem miałem skręcić na Dobre Miasto, ale że widziałem je już w zeszłym roku, odbiłem na Praslity i urokliwymi polnymi drogami dotarłem w Świątkach do drogi 530, której trzymałem się już do samej Łukty. Odcinek za Światkami był przepiękny – znowu jechałem wzgórzami, a po lewej stronie miałem dolinę Łyny. Jadąc, cały czas odczuwałem żal, że to ostatni dzień i że te widoki zostaną już tylko w second-handowej wersji pamięciowej. W Łukcie stanąłem w restauracji, w której jadłem też rok temu, gdy wybrałem się na wycieczkę podobną trasą z Olsztyna. Tym razem zamówiłem sielawę, niemając pojęcia, ze to takie malutkie rybki, bo ja wiem, jak przerośnięte szprotki. Ale były ok., więc zjadłem ze smakiem, wypiłem okropne Tyskie do obiadu (zamajaczył mi przy tym gdzieś na końcu języka smak Svyturysa, ech…). Zadzwoniłem do Dawka, ale że byli dopiero w Dobrym Mieście, ruszyłem sam do Ostródy, drogą równie malowniczą, tyle że teraz dla odmiany głównie przez las. Według mapy (w zasadzie więcej niż jednej) istnieje coś takiego, jak skrót prowadzący bezpośrednio do Rusi Małej od strony zachodniej przez las. Jeśli wszakże istnieje, to jest kompletnie nieoznaczony, bo droga wyprowadziła mnie prosto na drogę krajową nr 7 (bodaj Gdańsk – Warszawa?), którą musiałem się pomęczyć aż do Ostródy (na szczęście był pas awaryjny). Za stacją Shella skręciłem na Ruś Małą i przy niewielkiej pomocy autochtonów dojechałem na miejsce.
Kwatera była droższa od pozostałych na tej wyprawie, ale standardem nie odbiegała od nich, choć być może to, co teraz napisałem to jednak eufemizm. Właściciele byli jednak bardzo mili i towarzyscy (sami są rowerzystami), więc w sumie oceniam ją bardzo dobrze. Ponieważ byłem na miejscu już pół do piątej, a reszta ekipy dopiero pałaszowała obiad w Łukcie, wziąłem szybki prysznic i zdrzemnąłem się godzinkę w oczekiwaniu na ich przyjazd. Obudził mnie dochodzący z sieni głos Eweliny, i z Dawkiem i Bartkiem pojechaliśmy jeszcze do Ostródy na zakupy. Długo żeśmy się namyślali co kupić do picia, a że nie było porto, które tak nam zasmakowało w Bartoszycach, kupiliśmy miód pitny, ale, ponieważ jesteśmy idiotami skończonymi, tylko dwie butelki. Leżąc w łóżkach spijaliśmy ten miód dając ujście naszym sybaryckim inklinacjom, ale miód się szybko skończył i poszliśmy spać, lekko smutni, że to już koniec.

Lidzbark Warmiński© lobotomik

"No i nie wiedziałam, w lewo czy w prawo..."© lobotomik

Za Lidzbarkiem© lobotomik

"Żeby tylko zdążyć się zapakować"© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 100-150, 2010 Borderlands
Dane wyjazdu:
91.75 km
0.00 km teren
04:13 h
21.76 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:270 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 7: Barcja
Piątek, 10 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0

Widok z okna kwatery w Węgorzewie© lobotomik

Na drodze do Sępopola© lobotomik

Sępopol© lobotomik

Bartoszyce© lobotomik

Kwatera w Dąbrowie (w tle Chelsea)© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 050-100, 2010 Borderlands, W grupie
Dane wyjazdu:
118.22 km
14.00 km teren
05:07 h
23.10 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:441 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 6: Mazury
Czwartek, 9 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0

Trójstyk granic© lobotomik

Żabin (chyba)© lobotomik

Kochamy niemieckie kostki© lobotomik

Gdzieś na końcu świata...© lobotomik

Elektrownia wodna w Ołowniku© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 100-150, 2010 Borderlands, W grupie
Dane wyjazdu:
106.00 km
14.00 km teren
04:29 h
23.64 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:520 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 5: Lietuva
Środa, 8 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 1
O wczorajszym meczu nikt już nie pamiętał, i dobrze. Wyjazd poprzedzony był bowiem śniadaniem, na które czekaliśmy jak Żydzi na Mesjasza albo ŁKS na licznych kibiców, tyle że z lepszym skutkiem. Wyżerka była absolutnie rewelacyjna i z pełnymi brzuchami (ale i nieco później niż zwykle) ruszyliśmy na Litwę. Żeby się tam dostać musieliśmy (oj, to słowo nie znaczy tutaj wcale tego, co zwykle:) przejechać kilkadziesiąt kilometrów polskim pograniczem, przez Wiżajny, Sudawskie, Maszutkinie i Podszeszupie. Trasa piękna aż do zaparcia, tzn. do zaparcia tchu. Na Litwę wjeżdżamy dość wygodnym szutrem, co chwila stając, by porobić zdjęcia. Na Litwie wita nas ładny nowy asfalt, dowód na aneksję Litwy przez UE. Niestety, zaraz z a Liubavas asfalt ustępuje szutrowi, nie dość że nie ubitemu, to jeszcze zatłoczonemu przez pędzące ciężarówki, które napędziły Bartkowi niezłego stracha. Dopiero na głównej trasie Wisztyniec-Kalwaria droga się poprawia i 5 kilometrów do Kalwarii pokonujemy dość szybko, mimo że w twarz wieje silny wiatr. Kalwaria mocno nas rozczarowała – zjeść ni napić się tam nie da, więc zrobiliśmy tylko mały sklepowy rekonesans i w drogę na Wisztyniec. Za Kalwarią pożegnaliśmy się z Krzysiem, który celem odpowiedniego przygotowania się do powrotu do Łodzi pojechał do Oklin przez Vygreliai. Ruszyliśmy ostro, a do tego nieostrożny Bartek (trzeba to zrzucić na karb młodości) stwierdził, że nie damy radę dojechać do Wisztyńca na 15:00. My nie damy?!? Było za dwadzieścia druga i ruszyliśmy z Dawkiem z kopyta, szaleńczym tempem, czyli tempem szaleńców; był to najszybszy chyba kawałek całej wyprawy – w Wisztyńcu byliśmy za dwie trzecia, a pozwoliliśmy sobie jeszcze na pięciominutowy postój po drodze. No i co, Bartek?
Za to w Wisztyńcu pod sklepem zbrataliśmy się z narodem litewskim w postaci kilku miejscowych pijaczków – rozmowa mieszaniną polskiego, rosyjskiego i kilku litewskich zwrotów grzecznościowych była żywa i interesująca, ale nie da się jej pewnie odtworzyć. Oprócz jednego ważnego faktu, otóż pewien sympatyczny młody Litwin o imieniu Edgaras zapragnął utworzyć polsko-litewską podstawową komórkę społeczną z Eweliną, czemu ta była niestety niechętna, ku rozpaczy Edgarasa zresztą.
Przy powrocie piękną trasą z Wisztyńca wiatr już nie pomagał, ale i tak udało nam się dojechać na piątą, by zjeść wypasiony obiad (nie był już dla nas żadnym zaskoczeniem:) i pożegnać Krzysia, który udał się na PKS do Suwałk.
Jako że było to nasze pożegnanie z Oklinami, a z Wisztyńca przywieźliśmy całkiem pokaźny zapas Svyturysów, wieczorem urządziliśmy sobie przed domkiem ognisko. Svyturys lał się litrami, więc dużo z tego ogniska nie pamiętam. Ostatnią rzeczą, jaką widziałem był pląsający wokół ogniska Bartek, Dawid grający na banjo i stojąca w pozycji na baczność Ewelina, która śpiewała Pierwszą Brygadę.

Zjazd do Szeszupy© lobotomik

Za Szeszupą© lobotomik

Lietuvos Respublika© lobotomik

Kalwaria© lobotomik

Do Wisztyńca© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 100-150, 2010 Borderlands, W grupie
Dane wyjazdu:
98.42 km
2.00 km teren
04:06 h
24.00 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:505 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 4: Suwalszczyzna
Wtorek, 7 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0

Marsjańska kupa, miejsce nocnych schadzek© lobotomik

Zaczynają się hopki© lobotomik

Stary dworzec w Trakiszkach© lobotomik

A w pabas kawas, herbatas i hot-dogas© lobotomik

Losowo wygenerowane miejsca na dom© lobotomik

Po burzy w Błaskowiznie© lobotomik

Spacer przed kolacją© lobotomik

Home, sweet home© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 050-100, 2010 Borderlands, W grupie
Dane wyjazdu:
104.17 km
8.00 km teren
04:45 h
21.93 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:13.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:215 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 3: Biebrza
Poniedziałek, 6 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0

Pożegnanie z sołtysem© lobotomik

Okolice Dolistowa© lobotomik

Biebrza© lobotomik

Jestem z tych ciekawskich© lobotomik

"Promiski to takie małe obietnice"© lobotomik

Płaskie© lobotomik

Gdy psy się bawią, koty harcują© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 100-150, 2010 Borderlands, W grupie
Dane wyjazdu:
136.10 km
7.00 km teren
06:07 h
22.25 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:15.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:406 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 2: Podlasie
Niedziela, 5 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0
Niedzielny poranek przywitał nas słońcem. Pobudka, mycie, śniadanie i w drogę – najgorzej miał Krzysio, który dojechał wczoraj dopiero o 21:00. Wyruszyliśmy przed 10 i o 11:00 byliśmy w Michałowie. Tempo zauważalnie siadło, przeszkadzał wiatr, a nogi nie zdążyły się porządnie zregenerować. W Michałowie czekała na nas królewska niespodzianka – po wczorajszych parodii obiadu i pastiszu kolacji, no i po porannym żarcie ze śniadaniem: w Michałowie mieli świeżutkie, cieplutkie bułeczki prosto z pieca. I t w niedzielę! Och, jak ja się nażarłem.
Z Michałowa wyjechałem sam, a raczej w mp3-owym towarzystwie Bombay Bicycle Club. Traska ładna, no i trochę mniej lasów, których po wczorajszej puszczy Białowieskiej mieliśmy jakby trochę dosyć. Po drodze do Białegostoku tylko dwie niemiłe niespodzianki – parę kilometrów kostki w Folwarkach i ruch samochodowy na drodze nr 19.
Za to Białystok był dla mnie olśnieniem – byłem tam jakieś 10 lat temu chyba, i pamiętam syf, brud i totalny brak czegokolwiek atrakcyjnego, na czym można byłoby zawiesić wzrok. Innymi słowy, taką drugą Łódź, tylko bardziej przaśną. A tutaj pięknie odnowiony Rynek, luźna atmosfera (akurat trwał festyn, na którym napiliśmy się piwa regionalnego… z Łasku) – fajne miasto z dużą ilością przestrzeni przyjaznej dla ludzi. Innymi słowy, odwrotność Łodzi.
Ale w życiu zawsze jest tak, że jak jest dobrze, to musi się spieprzyć, więc poszliśmy na obiad do pizzerii nazywającej się bodaj Savona, gdzie zostaliśmy obsłużeni w sposób, o którym należałoby pewnie napisać opowiadanie albo bajkę dydaktyczną, ale to może innym razem. W każdym razie, jeśli ktoś to czyta: TRZYMAJCIE SIĘ Z DALEKA OD NADĘTYCH KELNEREK I JEDNORĘKIEGO KUCHARZA!
No dobrze, ale była to dopiero druga wtopa obiadowa i potem miało już być tylko lepiej! Najważniejsze jest to, ze już po 1,5 godzinie spędzonej w Savonie w oczekiwaniu na posiłki (na ich obronę trzeba powiedzieć, że herbatę przynieśli już 5 minut po zamówieniu:) ruszyliśmy na Goniądz. Było już po 15, a przed nami była więcej niż połowa drogi. Do Trzcianne(j/go) jechałem z Dawkiem, a w zasięgu wzroku mieliśmy Bartka (tj. byłby w zasięgu wzroku, gdybyśmy mieli oczy z tyłu głowy:) W Krypnie już było ciężko, a w miejscowości Trzcianne, gdzie się zatrzymaliśmy – już bardzo ciężko. W twarz wiał dość silny wiatr, no i zaczęło się robić bardzo zimno. Co gorsza, nie mieliśmy żadnych zapasów, no i marne widoki na sklep w Goniądzu otwarty w niedzielę po 20, więc ruszyliśmy z Bartkiem do Goniądza, a Dawko poczekał na Evesiss (Krzysio był jeszcze w Krypnie). W Goniądzu, kolejnym pomniku niegospodarnych samorządowców, zrobiliśmy zakupy w markecie i pojechaliśmy do Dawidowizny, gdzie mieliśmy nocować w pokojach U Sołtysa u Anny i Tomasza Jędrzejczak (WWW.dawidowizna.wirtualnabiebrza.pl) . Na miejsce dotarliśmy o 18:40, mocno nieprzytomni i zmarznięci. Nocleg był naprawdę w porządku, tak że polecamy. Za chwilę dojechali Dawko z Eweliną, niedługo potem Krzysiek, i w coraz większym chłodzie oglądaliśmy żenująco słabe polskie kabarety na dwójce, albo i na jedynce, cholera wie. Prysznic, kolacja, piwko, przechwałki samochwałki (och, jacy jesteśmy nieźli, tyle kilometrów, w taki wiatr i w takie zimno, hej, chcemy ordery od prezia i w ogóle) i do łóżka.
Aha, obejrzeliśmy też rogoże pogody, według której miało padać cały następny dzień, a temperatura miała wynieść maksimum 12 stopni. No i nam przeszło samozadowolenie…

Jezioro Siemianowskie© lobotomik

Siemianówka© lobotomik

Białystok ładniejszy niż myślałem© lobotomik

A na rynku był festyn© lobotomik

Byle go Goniądza© lobotomik
Kategoria 100-150, Wyprawa, 2010 Borderlands, W grupie
Dane wyjazdu:
127.65 km
8.00 km teren
05:04 h
25.19 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:16.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:340 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 1: Białowieża
Sobota, 4 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 2
Rozpoczęło się, jak zwykle, od PKP, czyli od królestwa Bartosza, który zgodnie ze swoimi królewskimi prerogatywami zameldował się na Fabrycznym prawie ostatni, to znaczy 15 minut przed Krzyśkiem, zaliczając jeszcze po drodze pierwszą wywrotkę a la spd.
Pociąg ruszył o 6:54 i w Wawie byliśmy punktualnie, choć oczywiście nie było przedziału dla rowerów. Za to w Wawie wsiedliśmy w pociąg do Gdyni (tak, jechał przez Białystok:) wyposażony w komfortową część przeznaczoną do przewozu rowerów. Jedyny minus był taki, że przyjechał spóźniony, ale nie dziwota – jeśli z Katowic do Warszawy meandrował tak samo jak z Warszawy do Gdyni… W Łapach (które zrobiły na mnie dość przygnębiające wrażenie; już po powrocie przeczytałem gdzieś artykuł o ekonomicznej stagnacji tego miasteczka) byliśmy dopiero o 11:30, a że przed nami było około 130 km od razu ruszyliśmy w drogę.
Trasa do Bielska całkiem fajna, z niedużymi przewyższeniami i uroczym babim latem, którym oblepieni jechaliśmy przez jakieś 20 kilometrów. Wiatr nie przeszkadzał, świeciło słońce i ruszyliśmy z Dawidem dość ostro, tak że już o 13:00 (a dokładnie 13:02) byliśmy w Bielsku Podlaskim. Niebawem dojechali Bartek i Ewelina, którzy oddali się orgiastycznym zakupom w sklepie sieci Lidl, przez co wprawdzie i tak później marzli, ale za to marzli mniej. Z Bielska bardzo dobrym tempem (nawet nas zdziwiło) do Hajnówki, gdzie w plackarni (naprawdę) na 3-go Maja „raczyliśmy się” kawą i herbatą. Połowa była za nami, ale było już przed trzecią…
Utrzymaliśmy dobre tempo do Białowieży, w której byliśmy tuż przed 16:00, i w miejscowym zajeździe zjedliśmy obiad, o którym napisze tyle, że był. No dobra, i że był skandalicznie drogi i niesatysfakcjonujący. Do obiadu Żubr (w końcu Białowieża), ale żeby płacić za niego 7pln? Zdzierstwo, jak mawiała moja babcia.
W międzyczasie dojechał Krzysio, ale – kierując się rozsądkiem, którego nabywa się wraz z upływem czasu – zjadł obiad w innym miejscu. Z tego, co pamiętam, również nie był specjalnie zachwycony.
Do Siemianówki ruszyłem z Bartkiem. Wybraliśmy drogę naokoło, ciesząc się puszczą i konwersacją nieco dłużej, a i droga była lepsza. Stanęliśmy na chwilę w Narewce na leśnym parkingu i ruszyliśmy na Siemianówkę. Po drodze dogoniliśmy Dawka i Ewelinę, którzy pojechali krótszą drogą. W Siemianówce byliśmy o 19:00, co jak na tak późny start było niezłym wynikiem. Zrobiliśmy zakupy w najgorzej zaopatrzonym sklepie świata i udaliśmy się na nocleg – u państwa Biryckich na Szkolnej 14. Nocleg pierwsza klasa, świetne warunki i miła gospodyni – żartom i zabawom nie było końca; przygrywali Minchin (sorry, Evesiss), Broken Bells i The Drums, och jak było fajnie.

Na dworcu w Warszawie© lobotomik

i na dworcu w Łapach© lobotomik

Daffyd rozkręca tempo za Hajnówką© lobotomik

Tutaj lepiej nie jeść© lobotomik

W Siemianówce© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 100-150, 2010 Borderlands, W grupie

