Info
Więcej o mnie.
STATS
pre-Bikestats:
2000 -----> 2057 km
2001 -----> 3616 km
2002 -----> 3206 km
2003 -----> 2200 km
2004 -----> 3517 km
2005 -----> 3686 km
2006 -----> 3077 km
2007 -----> 2857 km
2008 -----> 3162 km
2009 -----> 5859 km
Bikestats:
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2014, Grudzień1 - 0
- 2014, Listopad11 - 0
- 2014, Październik15 - 0
- 2014, Wrzesień18 - 0
- 2014, Sierpień16 - 0
- 2014, Lipiec22 - 0
- 2014, Czerwiec20 - 0
- 2014, Maj23 - 0
- 2014, Kwiecień24 - 0
- 2014, Marzec25 - 0
- 2014, Luty20 - 0
- 2014, Styczeń21 - 0
- 2013, Grudzień7 - 0
- 2013, Listopad12 - 0
- 2013, Październik21 - 0
- 2013, Wrzesień21 - 0
- 2013, Sierpień25 - 0
- 2013, Lipiec25 - 0
- 2013, Czerwiec20 - 0
- 2013, Maj28 - 0
- 2013, Kwiecień29 - 0
- 2013, Marzec23 - 0
- 2013, Luty23 - 0
- 2013, Styczeń27 - 0
- 2012, Grudzień8 - 0
- 2012, Listopad13 - 2
- 2012, Październik21 - 0
- 2012, Wrzesień18 - 0
- 2012, Sierpień21 - 3
- 2012, Lipiec17 - 0
- 2012, Czerwiec22 - 0
- 2012, Maj26 - 3
- 2012, Kwiecień26 - 2
- 2012, Marzec24 - 5
- 2012, Luty22 - 3
- 2012, Styczeń20 - 3
- 2011, Grudzień10 - 1
- 2011, Listopad13 - 0
- 2011, Październik16 - 0
- 2011, Wrzesień22 - 7
- 2011, Sierpień27 - 5
- 2011, Lipiec24 - 6
- 2011, Czerwiec24 - 9
- 2011, Maj26 - 27
- 2011, Kwiecień26 - 51
- 2011, Marzec25 - 36
- 2011, Luty20 - 9
- 2011, Styczeń22 - 22
- 2010, Grudzień4 - 0
- 2010, Listopad12 - 4
- 2010, Październik22 - 56
- 2010, Wrzesień18 - 18
- 2010, Sierpień30 - 8
- 2010, Lipiec24 - 2
- 2010, Czerwiec27 - 9
- 2010, Maj26 - 1
- 2010, Kwiecień28 - 3
- 2010, Marzec27 - 3
- 2010, Luty11 - 3
- 2010, Styczeń10 - 10
- 2009, Grudzień4 - 2
Wpisy archiwalne w kategorii
Wyprawa
| Dystans całkowity: | 11207.81 km (w terenie 496.00 km; 4.43%) |
| Czas w ruchu: | 488:58 |
| Średnia prędkość: | 22.92 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 62.18 km/h |
| Suma podjazdów: | 48309 m |
| Suma kalorii: | 20306 kcal |
| Liczba aktywności: | 102 |
| Średnio na aktywność: | 109.88 km i 4h 47m |
| Więcej statystyk | |
Dane wyjazdu:
150.12 km
2.00 km teren
05:43 h
26.26 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:487 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Day 3: The Idea of Seeing You There (Druskininkai - Vlinius)
Poniedziałek, 20 czerwca 2011 · dodano: 30.06.2011 | Komentarze 0
Kategoria 150-, 2011 Lietuva, W grupie, Wyprawa
Dane wyjazdu:
91.10 km
8.00 km teren
03:35 h
25.42 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:270 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Day 2: Czy Czesiu Panią kocha? (Żegary - Druskininkai)
Niedziela, 19 czerwca 2011 · dodano: 30.06.2011 | Komentarze 0
Kategoria 050-100, 2011 Lietuva, W grupie, Wyprawa
Dane wyjazdu:
100.13 km
7.00 km teren
03:50 h
26.12 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:421 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Day 1: Jeszcze Polska... (Okliny - Żegary)
Sobota, 18 czerwca 2011 · dodano: 30.06.2011 | Komentarze 0
Kategoria 100-150, W grupie, Wyprawa, 2011 Lietuva
Dane wyjazdu:
92.73 km
2.00 km teren
04:10 h
22.26 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:13.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:268 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Karolinki 2011 day 3: Ewakuacja
Poniedziałek, 2 maja 2011 · dodano: 03.05.2011 | Komentarze 2
Jak wszyscy pamiętają, poprzedniego wieczora położyliśmy się spać, licząc, że bóstwo dało się przebłagać. Takiego chuja. Wredny skurwiel, którego niektórzy słusznie zwą Opatrznością, sprawił, iż Sir Woland okazał się bezradny w starciu z Kotem-niecnotem i zadzwonił rano załamany, że zastrzyku nijak nie idzie dać. Oznaczało to błyskawiczne pakowanie, implikujące skrócenie Karolinek z dni czterech do trzech. Wyjechałem pierwszy, nawet się nie przeżegnawszy i ledwie się pożegnawszy, ale już po trzech kilometrach złapałem gumę, ponieważ rzeczona Opatrzność położyła na asfalcie pinezkę.W końcu skumałem, że całe to religijne pierdzenie to jedna wielka hucpa, i jak już na kogoś liczyć, to nie na boską panienkę z okienka, zajętą kładzeniem na drodze pinezek i nakręcaniem kota-niecnota, tylko na ludzi, z którymi się jeździ. Za kilkanaście minut przyjechał ElStamper z zapasem (miałem łatki, ale wobec konieczności szybkiego powrotu do Łodzi wolałem jednak nowa dętkę, dzięki Bartek), i po szybkiej zmianie dętki ruszyłem dalej, pożegnawszy się z ElStamperem. W tzw. międzyczasie minęli mnie Lemur i Józek, których doszedłem pod jakimś sklepeem kilka kilometrów dalej.
Ponieważ okazało się, że kot-niecnot najprawdopodobniej przeżyje do wieczora (ale już niekoniecznie mój brat i mój teść, których odwiedliśmy od dalszych prób nawiązywania bliższego kontaktu z bestią), zdecydowaliśmy się jechać razem tempem rekreacyjnym, a w Lublinie zjeść normalny porządny obiad, miast planowanego wcześniej fastfudowego hot-doga. Kręciło się całkiem całkiem, tereny na południe od Łęcznej (Nadwieprzański Park Krajobrazowy) nie były pozbawione swoistego powabu, ale za to wjazd ze Świdnika do Lublina okazał się być zamknięty (budowa lotniska) i musieliśmy nadłożyć nieco drogi, a że cały czas jechaliśmy pod wiatr, dojechaliśmy do Lublina nieco zmęczeni.
Za to w Lublinie znaleźliśmy kapitalną naleśnikarnię (Zadora) na Starym Mieście, obżarliśmy się i popiliśmy kawą, i ruszyliśmy na Nałęczów, najmniej przyjemnym kawałkiem drogi podczas całej wyprawy – wąski asfalt nie zawsze dobrej jakości (w ogóle drogi na Lubelszczyźnie to kolejny rozdział telenoweli „Polska infrastruktura, czyli pasmo udręki”) i kompletnie pojebani kierowcy i kierowczynie. No, ale szczęśliwie dotarliśmy do Łąk przed 16, szybko spakowaliśmy bagaże i rowery i już samochodem ruszyliśmy do Łodzi.
Pech najwyraźniej nas opuścił: udało się spędzić bardzo fajny dzień, droga do Łodzi bezproblemowa i szybka, kot-niecnot powitał nas dwugodzinnym łaszeniem się i mruczeniem, a cała wyprawa, trzy zajebiste dni, obfitowała w przygody, ładne trasy i świetną zabawę. Najwyraźniej często pech to blessing in disguise.
Dzięki wielkie wszystkim za kapitalny weekend, a pana bóstwo upraszam o odpierdolenie się.
Dane wyjazdu:
101.54 km
3.00 km teren
04:37 h
21.99 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:13.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:292 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Karolinki 2011 day 2: Deszczyciel
Niedziela, 1 maja 2011 · dodano: 03.05.2011 | Komentarze 1
Obudziliśmy się wcześnie rano lekko zawstydzeni, bo w bezliku wczorajszych zajęć zapomnieliśmy o wieczornym leżeniu krzyżem i biczowaniu, ale że głupio byłoby biczować się tuż przed jazdą, postanowiliśmy odłożyć przyjemności na wieczór i od razu po śniadaniu ruszyć w drogę na wschód. Pogoda nie była najgorsza, choć upału nie było. Za to okolice Nałęczowa, mimo kiepskiej nawierzchni, naprawdę ciekawe – dużo wzniesień, przełomów, sadów, malowniczych kościółków, a nawet jakieś jeziorka. No ale że zapomnieliśmy o biczowaniu, to musiała nas spotkać kara – tuz przed Garbowem Lemur wkręcił łańcuch w przerzutkę tak udatnie, że nie obyło się bez rozkuwania i skuwania na powrót przy asyście i asekuracji ElStampera. Zajęło nam to z godzinę, w czasie której Kocuriada z Józkiem pomknęli dalej, no i – może to nie plagi egipskie, ale i tak coś w tym stylu – zaczęło lać. Schroniliśmy się na przystanku w Garbowie na jedną czy dwie zdrowaśki i ruszyliśmy dalej, ale ulewa dopiero się zaczynała. Szczęśliwie nieopodal Garbowa znaleźliśmyPo dwóch godzinach wesołych konwersacji ruszyliśmy w czwórkę na Niemce i do Łęcznej. Po drodze zadzwonił Lemurowy ojciec z informacją, że Kotowi-niecnotowi absolutnie nie w smak jest podporządkowywanie się komukolwiek innemu niż my, więc Lemur wpadł w amok i natychmiast chciał wracać pociągiem z Łęcznej. Na szczęście z Łęcznej nie jeżdżą pociągi.
Poczekaliśmy chwilę na Evesiss i ElStampera (Józek i Kocuriada penetrowali już w tym czasie hałdy Bogdanki) i zjedliśmy surprajzingli smaczny obiad w pubie 30-stka na tzw. Deptaku w Łęcznej (albowiem Łęczna, miasto powstałe na potrzeby kopalni, niczego na kształt starówki/rynku nie posiada, przez co wygląda wyjątkowo smętnie, chociaż jej wieżowce z płyty wznoszą się nad okolicą i z kilkunastu kilometrów wyglądają jak słowiańska wersja Las Vegas…).
Lemur uspokoił się trochę, bo pomoc z kotem-niecnotem zaoferował SirWoland i już wesołą czwórką ruszyliśmy przez otulinę Poleskiego Parku Narodowego do Urszulina, gdzie, jak nas poinformował Józek, sklepu czynnego już nie ma. Wiadomo – beatyfikacja: przez głowę by nam nie przeszło krytykowanie ludzi, którzy zamykają sklep po to, by oddawać się radości w tym wyjątkowym dniu.
Niestety, nie wszyscy oddawali się radości, bo jeden sklep był otwarty, więc zrobiliśmy zapasy i udaliśmy się na kwaterę. I wtedy okazało się, że wszystkim nam brakuje jakieś 2 kilometry do setki, więc kręciliśmy się w kółko jak gromada zwariowanych psów, ale stówki pękły i wszystko było ok. (jak się później okazało, był to grzech pychy, za który pokuta czekać nas miała dnia następnego).
Na kwaterze okazało się, że Józek z Kocuriadą przez dwie godziny jechali w deszczu, a dodatkowo Kocuriada wykopyrtnęła się wjeżdżając na krajówkę, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Zrozumieliśmy, że to wszystko dlatego, że odpuściliśmy wczoraj biczowanie, a że bóstwo nasze katolickie wredne jest, prostackie i zawistne, trzeba było tego wieczora zaliczyć i dość bolesne biczowanie, i odmówić siedem dziesiątek różańca, i iść na majowe, a na dodatek złożyć ofiarę całopalną z „bardzo super” czapki Evesiss. Dopiero później położyliśmy się spać, licząc, że to cholerstwo dało się przebłagać…
Dane wyjazdu:
110.62 km
1.00 km teren
04:30 h
24.58 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:487 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Karolinki 2011 day 1: Inauguracja
Sobota, 30 kwietnia 2011 · dodano: 03.05.2011 | Komentarze 2
Że pech nas będzie prześladował, było jasne od początku, a nawet wcześniej, bo prześladował był już nas od kilku tygodni - złamany łokieć Dawka, bolące kolano Evesiss, trzy gumy pod rząd ElStampera, moja zgierska wywrotka…Ale wszystko zaczęło się znakomicie: poranne modlitwy odmówiliśmy każdy w swoim domu i ruszyliśmy samochodami do Nałęczowa, a właściwie do Łąk. Kiedy o 9:10 dojechaliśmy na miejsce, czekali już na nas Lemur (który spędził na miejscu poprzednią noc) i gang Misztali. Szybko przebraliśmy się, objuczyliśmy rowery, spędziliśmy kilka upojnych minut modląc się nieopodal przydrożnej kapliczki i w szóstkę ruszyliśmy w drogę jeszcze przed 10. Kierowaliśmy się na zachód, na Wąwolnicę, a potem na południe w kierunku Opola Lubelskiego. Lemur wyskoczył jak szalony (bo jest szalony) i w Opolu byliśmy przed 11. Po prawdzie, to pomagało nam to charakterystyczne upostaciowienie Ducha Świętego, które nazywa się wiatrem w plecy.
W Opolu niebawem pojawiła się Kocuriada i usiedliśmy na
Postój zrobiliśmy w Kamieniu, gdzie za parę minut dojechała do nad Kocuriada, cała spanikowana, że już maj i musimy odprawić Majowe. Na szczęście Lemur wykazał się bystrością umysłu i zauważył, że jeszcze jest kwiecień i wystarczy zwykła Włosienica i wieczorne biczowanie. Odetchnęliśmy z ulgą i pojechaliśmy dalej. Słońce świeciło i było naprawdę ciepło.
Ruszyliśmy na Kazimierz, piękną trasą wśród bezkresnych sadów, by w Lesie Dębowym spotkać … ElStampera i Evesiss, którzy w związku z wywrotką Evesiss postanowili nieco skrócić sobie trasę, ale trzeba im przyznać, że czas spędzili bogobojnie, na
Lemur, którego wiara jest z nas wszystkich najsłabsza, zaproponował pogańską rozrywkę oglądania Bitwy na Głosy. Byliśmy zażenowani i zasmuceni, i w ramach pokuty przez godzinę śpiewaliśmy psalmy, choć nie obyło się bez obciachu, bo Evesiss ciągle myliła teksty, ale to pewnie albo przez bolesny upadek, albo przez Bitwę na Głosy…
[Bilans roczny: +501]
Dane wyjazdu:
12.02 km
0.00 km teren
00:41 h
17.59 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 9: Powrót
Niedziela, 12 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 1
Wszystko, co dobre swój koniec miewa… Wczesna pobudka z głową wcale-nie-ciężką po wczorajszym miodzie, szybkie śniadanie i w drogę na stacje PKP Ostróda (gdzie Bartek znów mógł się poczuć jak w domu, zanim jeszcze do domu dojechał).Mgła była tak duża, że praktycznie nie było nic widać na odległość 10 metrów, ale drogę do Ostródy mieliśmy już rozpracowaną dzięki wczorajszym peregrynacjom do sklepu. Na dworcu jak to na dworcu – brudno, szaro i brzydko, tak więc prawie jak w Łodzi. Pociąg do Torunia bez miejsca do przewozu rowerów, więc cisnęły się biedne bike’i niemiłosiernie, a że pani konduktorka nie należała do najmilszych, to i my jakoś tacy nie dość że smutni, to jeszcze podkurwieni.
W Toruniu przesiadka na pociąg równie doskonale nieprzystosowany do przewozu rowerów, a potem to już tylko ciągnące się niemal w nieskończoność i nudne jak flaki z olejem równiny aż do samej Łodzi. Na Żabieńcu wysiadka i … to już koniec tej bodaj najfajniejszej wyprawy w jakiej uczestniczyłem…

Za dużo Kinga© lobotomik

W tej mgle znikniemy© lobotomik

Niektórzy zostają w Ostródzie© lobotomik

A z mgły wynurzy się wielki pociąg i...© lobotomik
[PODSUMOWANIE CAŁOŚCI:
DNI: 9;
ODLEGŁOŚĆ: 923,62;
AVG: 22,88;
RÓŻNICA WYSOKOŚCI: 247 metrów;
PRZEWYŻSZENIA: 3283 metry]
Kategoria Wyprawa, 000-025, 2010 Borderlands
Dane wyjazdu:
129.29 km
12.00 km teren
05:50 h
22.16 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:582 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 8: Warmia
Sobota, 11 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0
Och, jaki to był wspaniały dzień! Piękna pogoda, zajebiście malownicza trasa i niezłe tempo – idealny finał wyprawy. Ale od początku:
Z Dąbrowy ruszyliśmy już o 9 rano w doskonałych humorach, jako że wieczór wczorajszy był bardzo udany, a Evesiss, jak się zdaje, poradziła sobie z nieszczęsnym Achillesem. Wjechaliśmy na chwilę do Bartoszyc tylko po to, by zaraz odbić na Pieszkowo i potem na Lidzbark Warmiński. Trasa była wspaniała, a pagórkowate i, zdawało się, bezkresne pola nabierały jeszcze jakiegoś niesamowitego wymiaru w porannej gęstej mgle. Prawie do Pieszkowa jechałem z Dawkiem, po drodze trochę pobłądziliśmy, ale nic to! – tym więcej fajnych terenów zobaczyliśmy. Przed skrętem na Lidzbark Dawko mi odszedł na podjeździe, więc nie było już sensu się spieszyć i Pieszkowie stanąłem na chwilę na fajkę. Wjazd do Lidzbarka świetny – dobry asfalt, mały ruch i praktycznie ciągle z górki. W Lidzbarku pod bramą czekał już Dawko i usiedliśmy w pierog arni, która była również pizzerią i pubem. Niebawem wszyscy się zjechali, choć Ewelina trochę pobłądziła – chcąc skrócić sobie drogę wypadła na jakieś polne ścieżynki zalane wodą po ostatnich deszczach i wyglądała, by znowu użyć ulubionej frazy mojej babci, jak nieboskie stworzenie. Uraczyliśmy się z Bartkiem pierogami (znakomitymi!) i kawą (mniej znakomitą, za to dużą) i ponieważ miałem ochotę na dzień samotnej jazdy, wyjechałem wcześniej w kierunku Łukty. Zrobiłem jeszcze małą rundkę po Lidzbarku, by zobaczyć zamek i wyjechałem na zachód, w kierunku Ornety. Dzień był coraz ładniejszy – słońce rozgoniło już mgłę i robiło się przyjemnie ciepło, a to coś, czym na tej wyprawie nie mogliśmy się cieszyć. Aż trudno uwierzyć, ale po zjeździe z trasy na Ornetę zrobiło się jeszcze ładniej – przez kilkanaście kilometrów miałem po lewej stronie dolinę Łyny, a że jechałem wzniesieniami, widoki były piękne. W Urbanowie zerknąłem na miejscową golgotę, ale nie chciało mi się zsiadać z roweru, by ją obfotografować – mam zasadę, że zsiadam tylko dla wojtyłków. A szkoda, bo, jak powiedział mi później Dawid, w Urbanowie wypatrzyli coś na kształt olbrzymiego drewnianego serca Jezusa, obłęd. Za Pietraszewem miałem skręcić na Dobre Miasto, ale że widziałem je już w zeszłym roku, odbiłem na Praslity i urokliwymi polnymi drogami dotarłem w Świątkach do drogi 530, której trzymałem się już do samej Łukty. Odcinek za Światkami był przepiękny – znowu jechałem wzgórzami, a po lewej stronie miałem dolinę Łyny. Jadąc, cały czas odczuwałem żal, że to ostatni dzień i że te widoki zostaną już tylko w second-handowej wersji pamięciowej. W Łukcie stanąłem w restauracji, w której jadłem też rok temu, gdy wybrałem się na wycieczkę podobną trasą z Olsztyna. Tym razem zamówiłem sielawę, niemając pojęcia, ze to takie malutkie rybki, bo ja wiem, jak przerośnięte szprotki. Ale były ok., więc zjadłem ze smakiem, wypiłem okropne Tyskie do obiadu (zamajaczył mi przy tym gdzieś na końcu języka smak Svyturysa, ech…). Zadzwoniłem do Dawka, ale że byli dopiero w Dobrym Mieście, ruszyłem sam do Ostródy, drogą równie malowniczą, tyle że teraz dla odmiany głównie przez las. Według mapy (w zasadzie więcej niż jednej) istnieje coś takiego, jak skrót prowadzący bezpośrednio do Rusi Małej od strony zachodniej przez las. Jeśli wszakże istnieje, to jest kompletnie nieoznaczony, bo droga wyprowadziła mnie prosto na drogę krajową nr 7 (bodaj Gdańsk – Warszawa?), którą musiałem się pomęczyć aż do Ostródy (na szczęście był pas awaryjny). Za stacją Shella skręciłem na Ruś Małą i przy niewielkiej pomocy autochtonów dojechałem na miejsce.
Kwatera była droższa od pozostałych na tej wyprawie, ale standardem nie odbiegała od nich, choć być może to, co teraz napisałem to jednak eufemizm. Właściciele byli jednak bardzo mili i towarzyscy (sami są rowerzystami), więc w sumie oceniam ją bardzo dobrze. Ponieważ byłem na miejscu już pół do piątej, a reszta ekipy dopiero pałaszowała obiad w Łukcie, wziąłem szybki prysznic i zdrzemnąłem się godzinkę w oczekiwaniu na ich przyjazd. Obudził mnie dochodzący z sieni głos Eweliny, i z Dawkiem i Bartkiem pojechaliśmy jeszcze do Ostródy na zakupy. Długo żeśmy się namyślali co kupić do picia, a że nie było porto, które tak nam zasmakowało w Bartoszycach, kupiliśmy miód pitny, ale, ponieważ jesteśmy idiotami skończonymi, tylko dwie butelki. Leżąc w łóżkach spijaliśmy ten miód dając ujście naszym sybaryckim inklinacjom, ale miód się szybko skończył i poszliśmy spać, lekko smutni, że to już koniec.

Lidzbark Warmiński© lobotomik

"No i nie wiedziałam, w lewo czy w prawo..."© lobotomik

Za Lidzbarkiem© lobotomik

"Żeby tylko zdążyć się zapakować"© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 100-150, 2010 Borderlands
Dane wyjazdu:
91.75 km
0.00 km teren
04:13 h
21.76 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:270 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 7: Barcja
Piątek, 10 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0

Widok z okna kwatery w Węgorzewie© lobotomik

Na drodze do Sępopola© lobotomik

Sępopol© lobotomik

Bartoszyce© lobotomik

Kwatera w Dąbrowie (w tle Chelsea)© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 050-100, 2010 Borderlands, W grupie
Dane wyjazdu:
118.22 km
14.00 km teren
05:07 h
23.10 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:441 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik
Borderlands, Day 6: Mazury
Czwartek, 9 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0

Trójstyk granic© lobotomik

Żabin (chyba)© lobotomik

Kochamy niemieckie kostki© lobotomik

Gdzieś na końcu świata...© lobotomik

Elektrownia wodna w Ołowniku© lobotomik
Kategoria Wyprawa, 100-150, 2010 Borderlands, W grupie

