Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi lobotomik z miasteczka Łódź. Z Bikestats mam przejechane 52176.99 kilometrów w tym 4091.50 w terenie.
Więcej o mnie.

STATS
pre-Bikestats:
2000 -----> 2057 km
2001 -----> 3616 km
2002 -----> 3206 km
2003 -----> 2200 km
2004 -----> 3517 km
2005 -----> 3686 km
2006 -----> 3077 km
2007 -----> 2857 km
2008 -----> 3162 km
2009 -----> 5859 km

Bikestats:
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lobotomik.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

050-100

Dystans całkowity:19342.89 km (w terenie 1744.00 km; 9.02%)
Czas w ruchu:840:15
Średnia prędkość:22.92 km/h
Maksymalna prędkość:65.00 km/h
Suma podjazdów:32321 m
Suma kalorii:123790 kcal
Liczba aktywności:312
Średnio na aktywność:62.00 km i 2h 42m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
87.41 km 0.00 km teren
04:37 h 18.93 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:23.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Świnoujście - Liberec [Day 7: Zgorzelec - Liberec]

Piątek, 25 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 0

Trasa: [PL] Zgorzelec - [GER] - Gorlitz - Ostritz - Zittau - [CZ] - Hradek nad Nisou - Bily Kostel nad Nisou - Krystofovo Udoli - Liberec

Ostatni dzień wyprawy zaczęliśmy wcześnie rano, wyjechaliśmy ze Zgorzelca przed 9:00. Ponieważ Görlitz zrobiło na nas duże wrażenie, chcieliśmy pokręcić się trochę po centrum i porobić trochę zdjęć. Na rynku wypiliśmy kawę i chłopaki jeszcze sobie posiedzieli, a ja znowu samotnie ruszyłem w kierunku Zittau. Trasa była piękna i malownicza, zaczęły się przewyższenia, które urozmaicały jazdę. W Zittau byłem o 12:00, w knajpce na rynku zamówiłem piwo i czekałem chłopaków, którzy dojechali o kilkunastu minutach, czyli musieli jechać szybciej ode mnie. Piwo, podane w oryginalnych kuflach w kształcie buta, było znakomite i wypiliśmy po dwa, żegnając się w ten sposób z Niemcami. Do granicy jechaliśmy już razem, zaraz po wjechaniu do Czech zauważając, że poziom infrastruktury znacząco spada – oznaczenia były niedokładne, a trasa wytyczona została po normalnych drogach asfaltowych, a nie specjalną ścieżką rowerową. Fatalne oznaczenia miały zresztą wpływ na naszą trasę: za Hradkiem skierowały nas w złą stronę, przez co na odcinku 4 kilometrów musieliśmy się wbić na jakąś górę o wysokości 589 metrów, jak informowała tabliczka na szczycie. Praktycznie wyglądało to tak, że jechałem 100 metrów, zsiadałem z roweru (o ile udało mi się wypiąć) lub przewracałem się wraz z nim (gdy nie udało mi się wypiąć). Luka poradził sobie najlepiej i pierwszy dojechał na szczyt, na którym poczekaliśmy jeszcze trochę na chłopaków, niemożliwie zmęczeni. Z tym szczytem był taki problem, że można było z niego zjechać czterema drogami – ta, którą przyjechaliśmy w oczywisty sposób nie była opcją, więc pozostawały trzy do wyboru. Wiedzieliśmy już, że nie jesteśmy na naszej trasie (nikt o zdrowych zmysłach nie wytyczyłby takiej drogi dla niemieckich emerytów na rowerach:), i logiczne wydawało się pojechanie na północ. Problem był taki, że na północ droga była kamienista i… wiła się jeszcze wyżej pod górę. Tymczasem droga na wschód prowadziła z górki i była asfaltowa, a drogowskaz pokazywał Krisotofovo. Zdecydowaliśmy z Luką zjechać tą właśnie drogą, tym bardziej że udało nam się znaleźć owo Kristofovo na mapie i wiedzieliśmy, że prowadzi od niego droga do Liberca. Groziło nam co najwyżej to, że nadrobimy parę kilometrów, ale co tam.
Zjazd był kosmiczny, trzeba było mocno ograniczać prędkość, ale nagroda w postaci doliny, w której znajdowało się Kristofovo była warta wcześniejszych wysiłków ze zdobywaniem podjazdu. W lokalnej gospodzie napiliśmy się piwka o nazwie Konrad, zjedliśmy jakieś orzeszki, wciąż czekając z Luką na Bartka i Krzysia. Jak się okazało, chłopaki nie pojechali za nami, obawiając się, że będą musieli nadłożyć drogi. Wybrali drogę na północ, i jak okazało się, nie dość że musieli się wspiąć jeszcze wyżej, to nawet z góry musieli rowery sprowadzać, bo droga pełna była kamieni i kolein. Ponieważ nie przyjeżdżali, ruszyliśmy na Liberec malowniczą drogą przez letnie górskie domki, a później zaniedbane cygańskie osiedla. Do samego Liberca musieliśmy wjechać trasą szybkiego ruchu, co nie było komfortowe, ale na szczęście trwało dość krótko. Liberec okazał się bardzo ładny, ale Luka zgubił okulary, a raczej zostawił je na oknie pod Informacją Turystyczną, a za pięć minut już ich nie było, czyli prawie jak w domu.
Nocleg znaleźliśmy w akademiku Uniwersytetu Technicznego; warunki całkiem fajne i nie robili nam problemu z rowerami. Cały następny dzień spędziliśmy na wałęsaniu się po Libercu (na zaplanowaną wycieczkę rowerową zabrakło już sił i woli), a wieczorem zjechaliśmy z rowerami do restauracji, gdzie oglądaliśmy mecze i czekaliśmy na Anitę, która przyjechała po nas samochodem. A potem w drogę do Łodzi i to był już koniec.




Gorlitz - wiadukt nad Nysą Łużycką © lobotomik


Nysa Łużycka © lobotomik


Rynek w Zittau © lobotomik


Kristofovo (Luka) © lobotomik


Ratusz w Libercu © lobotomik


Dane wyjazdu:
76.20 km 0.00 km teren
03:45 h 20.32 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Świnoujście - Liberec [Day 5: Słubice - Gubin]

Środa, 23 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 0

Trasa: [PL] Słubice - [GER] - Frankfurt (Oder) - Eisenhuuttenstadt - Guben - [PL] - Gubin

Wyjechaliśmy około 9 z Luką, bo chłopaki długo mordowali się ze śniadaniem. Szybka kawa w Słubicach, przejazd przez Frankfurt i wyjazd na trasę do Guben. Znowu jechało się świetnie, byliśmy z Luką w Guben już około 14:00 i od razu udało nam się znaleźć nocleg przy samej granicy, w domu turysty PTTK, obecnie przejętym w ajencję. Warunki były fatalne, ale cena niewysoka, więc nie marudziliśmy. Odległość 67 km pozostawiała spory niedosyt, więc ruszyliśmy z Luką pozwiedzać polski Gubin i niemieckie Guben, które dzieli tylko dość wąska w tym miejscu rzeka. O polskim Gubinie nic już pisać nie będę, żeby się nie pastwić, napiszę tylko, że jest to miasteczko paskudne, ale ma McDonalda. Natomiast po stronie niemieckiej wygląda wspaniale, po pierwszym meczu (znowu nie pamiętam, kto grał, beznadziejny ten mundial) zrobiliśmy sobie jeszcze wszyscy w czwórkę spacer po Guben, które wygląda świetnie i robi zajebiście przyjazne wrażenie. Kilka rozwiązań architektonicznych niezwykle interesujących, choćby miejska biblioteka w starych budynkach fabrycznych czy miejski ratusz. Ponieważ był to już piąty dzień, nawet nas to już nie frustrowało – po prostu przyjmowaliśmy to jako coś oczywistego: po tej stronie jest ładnie, po drugiej ohydnie. Aha, no i Luka kupił magnes na lodówkę:)
Po powrocie ze spaceru zjedliśmy drugi obiad, obejrzeliśmy drugi mecz i poszliśmy spać. Pokój był trzyosobowy, Pani doniosła nam materac dla czwartej osoby. Bartek i Krzysio losowali, kto będzie na nim spał i Krzysio wygrał, ale chyba nie wyszedł na tym najgorzej, bo łóżka były zajebiście niewygodne.





Luka Odrzański © lobotomik


Is there life on Mars? © lobotomik


Boys are back in town! © lobotomik


Mural stulecia (ubiegłego) - Gubin © lobotomik


Christopher © lobotomik


Ławka do czytania (Guben) © lobotomik


Biblioteka miejska (Guben) © lobotomik


Dane wyjazdu:
92.99 km 0.00 km teren
03:51 h 24.15 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Świnoujście - Liberec [Day 3: Szczecin - Cedynia]

Poniedziałek, 21 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 2

Trasa: [PL] - Szczecin - Kołbaskowo - [GER] - Gartz - Schwedt - Hohensaaten - [PL] - Osinów - Cedynia

Nocleg w Szczecinie – całkiem przypadkiem – udało nam się znaleźć przy wylotówce na Kołbaskowo, co oszczędziło nam trudu przebijania się przez to nie najpiękniejsze w końcu, i dość zatłoczone miasto.
Do Kołbaskowa dojechaliśmy dość szybko, ruch był mały a wiatr wiał w plecy. Utrzymywaliśmy z Luką niezłą średnią i zdecydowaliśmy, żeby jej nie psuć: do Gartz pojechaliśmy zatem nie trasą rowerową, tylko głównym asfaltem, zwłaszcza że ruch był tego dnia niewielki. W Gartz chwila przerwy, jakieś batoniki i sesja fotograficzna z miejscowym kotem w roli głównej i jazda do Schwedt, też główną drogą (Krzysio i Bartek spory kawałek przejechali trasą rowerową). Tempo nie spadało, bo cały czas pomagał nam wiatr, dobra nawierzchnia i mały ruch samochodowy. Schwedt okazało się dość sporym miastem, z bardzo fajnym deptakiem w centrum. Znaleźliśmy kafejkę i zamówiliśmy tanią i wielką Latte, a potem w kierunku Odry i ścieżką rowerową wzdłuż rzeki, w towarzystwie ptactwa wszystkich bodaj możliwych rodzajów po ścieżce rowerowej poprowadzonej po wale przeciwpowodziowym, szerokiej jak autostrada i równej jak stół, aż do Hochensaaten, gdzie odbiliśmy na Cedynię. Research noclegowy nie wypadł najlepiej – wszystkie kwatery agroturystyczne były dość daleko od granicy, co dodałoby nam 20km dzisiaj i 20 km jutro, na co nie mieliśmy specjalnej ochoty. Zdecydowaliśmy się więc z Luką, że poszukamy czegoś w Cedyni, o której jedyna nasza wiedza pochodziła z lekcji historii w szkole podstawowej. Faktycznie, kilka kilometrów przed Cedynią, po przejechaniu przez ciąg straganów z petami, zauważyliśmy dostojny monument upamiętniający tryumf polskiego oręża w walce z teutońskim najeźdźcą. Był to, niestety, jedyny akcent tryumfu jaki miał się nam z Cedynią kojarzyć. Miasteczko tak nieprawdopodobnie odpychające, zaniedbane i brudne, że wszystkim nam zepsuło humory. O noclegu w rozsądnym przedziale cenowym można było co najwyżej pomarzyć, więc marzyliśmy. Zrobiliśmy z Luką rundkę po tzw. centrum, wyjechaliśmy kilka km za miasteczko, gdzie rzekomo miały być jakieś miejsca noclegowe, ale niestety nie było tam nic – w ogóle Cedynia wyglądała jak urzeczywistnienie zapowiedzi Kononowicza.
Przyjechały chłopaki i popijając piwko zastanawialiśmy się, co robić. Ponieważ – o słodka naiwności – zależało nam na obejrzeniu meczu (grało, bodaj, Chile), zdecydowaliśmy się na nocleg w miejscu o znamienitej nazwie Hotel Margo. Hotel Margo, aczkolwiek imitował hotel, okazał się być zwykłym burdelem albo czymś bardzo od burdelu nieodległym. Nocleg kosztował 60PLN, warunki były takie sobie, żarcie – jak na burdel – całkiem ok., a królowe nocy, widząc naszą indyferencję, szybko straciły zainteresowanie nami rozpływając się w papierosowym dymie. Miejsce, bez dwóch zdań, dla Cedyni reprezentatywne. Napisałem wcześniej, że niemieckie miasteczka wyglądają jakby za chwilę zza budynków miały wyłonić się zombiaki – polskie, bez wyjątku, przynajmniej podczas naszej podróży, jakby zombiaki już były wyszły i dokonały swojego bezrozumnego dzieła destrukcji. Na szczęście jutro czekał nas tylko kilkukilometrowy kawałek po naszej ojczyźnie, a potem cały dzień po stronie niemieckiej, aż do Frankfurtu.

PS (29/8/2010): No rzeczywiście, do Cedyni wjechaliśmy we trzech z Luką i Bartkiem, a jako że Bartek jest najmłodszy i najprzystojniejszy, to rzecz jasna wysłaliśmy go do "hotelu" Margo z misją wynegocjowania jakiejś przystępniejszej ceny za nocleg niż owe 80PLN, które nam najpierw zaśpiewano. Bartkowi udało się wynegocjować zniżkę, ale cały wieczór był jakiś wycofany i nieobecny, wbijał wzrok w ścianę, a w pewnej chwili zauważyłem, że drżą mu dłonie - nie chciał nam zdradzić, co zdarzyło się tego przeklętego popołudnia w Hotelu Margo.





To Gartz (Luka) © lobotomik


Freizeit in Schwedt © lobotomik


Odra © lobotomik


A może po Polskiej stronie też jest ładnie? © lobotomik


Dane wyjazdu:
92.45 km 0.00 km teren
04:26 h 20.85 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Świnoujście - Liberec [Day 2: Mönkebude - Szczecin]

Niedziela, 20 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 0

Trasa: [GER] - Mönkebude - Ueckermunde - Vogelsang - Hintersee - [PL] - Tarnowo - Police - Szczecin

Z Mönkebude ruszyliśmy rano i, wstyd przyznać, bez śniadania. Mieliśmy jechać do Altwarp, i stamtąd przeprawić się promem do Polski, ale uczynny gospodarz poinstruował nas – starając się mówić po niemiecku zrozumiale, ale nie bardzo mu wychodziło przy naszym antytalencie jeśli chodzi o języka Kanta – że przeprawa promowa jest nieczynna, o czym poinformował go rano żona. Miłe z jego strony, zaoszczędziło nam godzinę drogi:)
Ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża, przecięliśmy Ueckermünde (piękne, zadbane miasteczko i nawet byłow nim trochę żywych ludzi) i przed dwunastą dojechaliśmy do Hintersee, stuknął 40 kilometr, a my cały czas bez żarcia, bo to niedziela i wszystko w Germanii pozamykane na cztery spusty. Liczyliśmy na to, że dojedziemy do Dobieszczyna i za przejściem na pewno będą stały jakieś budki, bo to handel przygraniczny i wiadomo. Mimo głodu, jechało się świetnie – tego dnia jechałem aż do granicy z Bartkiem, chłopaki zostali z tyłu, bo – nader racjonalnie, jak miało się okazać – stanęli, żeby kupić owoce od jakiejś niemieckiej farmerki. Tempo było przyzwoite, im bliżej granicy tym więcej rowerzystów z Polski, którzy wykorzystywali ładną pogodę i zaawansowaną niemiecką technologię kładzenia równych asfaltów. Za Hintersee groziło nam pobłądzenie, co przy gargantuicznym głodzie nie byłoby fajne (a niestety godzinę później spotkało Krzysia), ale grupa niemieckich kolarzy na szosówkach skazała nam drogę do granicy. Oznaczenia bowiem były na tym odcinku fatalne – nie mieliśmy dobrych map, tego dnia zjechaliśmy z Oder-Neisse Radeweg żeby dojechać do Szczecina, a drogi w większości były lokalne, a lokalsi – wiadomo, wiedzą, gdzie jechać. No ale w końcu dojechaliśmy do granicy, do głodu dołączył jego wierny towarzysz, czyli pragnienie, bo po 50 kilometrach bidony były już puste. Przejeżdżamy na stronę polską, a tu… puszcza. Cały Dobieszczyn to jeden dom plus strzelnica sportowa, co wyglądało dość surrealnie, ale nie było czasu rozkoszować się klimatem, bo doskwierał głód. Uprzejmy strzelec sportowy poinstruował Bartka, że najbliższy sklep jest za 13 kilometrów, i zauważyłem, że Bartek zaczął lekko dygotać. No to cóż czynić, jedziemy. Podkręciłem tempo, żeby szybko dojechać do sklepu w Tanowie, który jawił się jako połączenie ziemi obiecanej z pustynną oazą. Zgubiłem Bartka, który zauważył przy drodze znak „Ujęcie wody” i kierownica sama mu skręciła we wskazanym przez znak kierunku. Później okazało się, że to jakieś ujęcie przemysłowe i wody się nie napił, ale do Tanowa dojechał niedługo po mnie, po krótkim odpoczynku. Tanowo było ohydne i brudne, ale po 60 kilometrach na czczo nie miało to znaczenia; napakowaliśmy w siebie kalorii na jakieś trzy-cztery dni (zajebiste kabanosy, zresztą smakowałaby nam wtedy chyba nawet zwykła mortadela), dojechał Luka z informacją, że Krzysio źle skręcił dokładnie w tym fatalnie oznaczonym miejscu, w którym my skorzystaliśmy z topograficznej pomocy niemieckich rowerzystów. Zdecydowaliśmy się nie czekać na niego w Tanowie (byłoby to może koleżeńskie, ale trąciłoby masochizmem) i po krótkich negacjach zdecydowaliśmy się jechać jeszcze do Polic, żeby nakręcić trochę kilometrów i tam obejrzeć pierwszy mecz przy obiedzie. O lokalu, w którym można coś zjeść równocześnie oglądając mecz Mistrzostw Świata można w Policach, mieście, jak powiedział nam uprzejmy lokals, „wielu kebabów i pizzerni”, co najwyżej pomarzyć, więc mając do wyboru mecz i żarcie wybraliśmy żarcie, po raz kolejny dowodząc prymatu natury nad kulturą.
Zajadaliśmy pizzę, dość przeciętną, ale nie najgorszą, popijaliśmy piwko (dość przeciętne i być może najgorsze – po niemieckich piwach te polskie z mainstreamowych browarów w ogóle nie wchodziły) i dojechał Krzysio. Też zamówił piwko i zaliczyliśmy dwa miłe spotkania i jedno niemiłe: najpierw jakiś starszy facet podszedł popodziwiać rowery i zaczął opowiadać o sowich eskapadach – jeśli mówił prawdę, a pewnie tak, to trochę się nakręcił. Był sympatyczny, ale trochę upierdliwy i w pewnym momencie Luka zerkał trochę spode łba, zapewne podobnie jak my wszyscy. Przy stoliku obok też siedzieli rowerzyści, ze Szczecina i Polic. Jak się okazało, właśnie planowali wakacyjny wypad rowerowy do Szwajcarii. Ponieważ dysponowali najnowszymi telefonami z GPS-em, wyrysowali nam w necie najkrótszą i najatrakcyjniejsza trasę do Szczecina, włącznie z dość dla nas istotnymi szczegółami dotyczącymi jak najszybszego przejazdu przez miasto do zamówionego noclegu. Dzięki chłopaki!
Z tą wytyczoną trasą też jest zresztą fajna sprawa, bo prowadziła ona przez same ulice o zadziwiających nazwach – Orła Białego, Piastowską, Mieszka czy tam Chrobrego itd. Zawłaszczanie przez Polskę tzw. Ziem odzyskanych odbywało się na zasadzie nomenklaturowej ideologii. Niestety nie towarzyszyła jej żadna architektoniczna ideologia, o czym przekonaliśmy się i w Policach, i w samym Szczecinie. Po raz kolejny dopadła mnie uporczywa i paskudna myśl, że trzeba im było te tereny zostawić, to przynajmniej dałoby się teraz po nich przyjemnie jeździć…
Nocleg w Szczecinie okazał się być całkiem w porządku, z telewizorem LCD w pokoju, na którym mieliśmy obejrzeć wieczorny mecz (musiał być zajebiście nudny, jak prawie całe mistrzostwa, bo nawet nie pamiętam kto grał z kim…). Na zakupy skoczyliśmy do pobliskiej Biedronki, co miało stać się naszym zwyczajem. Tym razem jednak kupiliśmy wódkę, którą wypiliśmy do kolacji, ale postanowiliśmy tego eksperymentu nie powtarzać. W tzw. Międzyczasie zadzwonił Lemur, że Zezik jej uciekł z działki i ni wraca, ale po kilku godzinach wrócił, całkiem z siebie zadowolony, w przeciwieństwie do Lemura, który chciał pojechać na rower, a nie mógł. A my wracając z Biedronki zjedliśmy sobie jeszcze po naprawdę smacznym hot-dogu w ostrym sosie i wróciliśmy na mecz. A potem tradycyjnie – paciorek, siusiu i spać: jutrzejszy dzień już prawie cały mieliśmy spędzić po niemieckiej stronie i nie ma co ukrywać, bardzo na to czekaliśmy.


<iframe src="" width="600" height="400" frameborder="0" scrolling="no" marginheight="0" marginwidth="0" title="GPSies - Do Szczecina"></iframe>





Czas ruszać z Monkebude © lobotomik


Karol Marks wiecznie żywy (w Monkebude) © lobotomik


Waiting for Christopher © lobotomik


Ueckermunde © lobotomik


I o co było się bić... © lobotomik


Dane wyjazdu:
92.18 km 0.00 km teren
04:45 h 19.41 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:16.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Świnoujście - Liberec [Day 1: Świnoujście - Mönkebude]

Sobota, 19 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 2

TRASA: [PL] - Świnoujście - [GER] - Ahlbeck - Zirchow - Usedom - Anklam - Mönkebude]

Podróż rozpoczęliśmy punktualnie o drugiej (no dobra, z dziesięciominutową obsuwą) w Wódce u Luki. Rowery załadowaliśmy szybko, upchnęliśmy się w piątkę do samochodu (Anita miała zostać nad morzem z koleżanką przez kilka dni) i ruszyliśmy do Świnoujścia. Droga minęła dość szybko, ale strasznie było mi szkoda Luki. Wprawdzie wszyscy spaliśmy tylko po dwie godziny, ale on musiał prowadzić te 450 kilometrów i prosto z samochodu wsiąść na rower i ruszyć w trasę…
W Świnoujściu byliśmy po 9, czekali już na nas Bartek z Dawidem. Powitania etc., a potem dziewczyny i Dawid pojechali samochodami w siną dal, a my szybka przebiórka i na prom, który przewiózł nas z Wolina na Uznam i wyprawa się rozpoczęła.
W Świnoujściu stanęliśmy jeszcze na kawę w Coście, zatłoczonej niemieckimi turystami i amatorami słabej złotówki. Pół godziny przerwy i rozprostowywania kości po podróży samochodem i ruszyliśmy. Pogoda była paskudna – zachmurzone niebo i bardzo silny wiatr, który już w samochodzie napsuł nam krwi: Łukaszowe Audi spaliło przezeń 1/3 ropy więcej niż zwykle. A jak Audi miało kłopoty, to co dopiero my, w sumie na samym początku sezonu. Kiedy piliśmy kawę zaczęło się jakby przejaśniać, a przynajmniej mieliśmy taką nadzieję. Ojczyzna zdążyła nas jeszcze pożegnać nerwowymi połajankami ze strony sfrustrowanych kierowców, którym nasza czwórka straszliwie cosik przeszkadzała, ale po chwili i minięciu 754 budek z papierosami wjechaliśmy do Niemiec z nadzieją, że przynajmniej połajanki ze strony kierowców się skończą. I faktycznie, aż do Liberca był pod tym względem spokój.
Zaraz za granicą, w Ahlbeck, odbiliśmy w lewo na Oder-Neisse Radeweg, której generalnie mieliśmy się trzymać przez większą część trasy. Pierwsze wrażenia: miało nie być górek, a były, ale dzięki nim dość szybko się rozgrzaliśmy (cały czas było zimno) i pogoda nam już nie przeszkadzała w zasadzie aż do końca wyprawy. Trasa okazała się malownicza, z przyjemnymi przewyższeniami i przez większą część fajnymi widokami na Stettiner Haff. Pierwszy postój zrobiliśmy w Usedom, ładnym i zadbanym miasteczku, ale jakby wyludnionym i nadmiernie spokojnym (jak w filmie z zombiakami, zanim te zaczną wyłaniać się zza domów…). Jak miało się okazać, będą to (uroda i wyludnienie) cechy większości miejscowości po niemieckiej stronie Odry, podczas gdy ich opozycje charakteryzować będą miasta po stronie polskiej.
Po 13 dojechaliśmy do Anklam, pierwotnie miejsca noclegu, ale już kilka dni wcześniej zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Ueckermünde. W Anklam przywitał nas festyn z rozkosznie fałszującymi niepełnosprawnymi dzieciakami na estradzie, i nieuchronnie zbliżający się deszcz, jak się okazało jedyny podczas całej wyprawy. Za zabytkową bramą wjazdową stanęliśmy na piwo, drogie, ale bardzo dobre, i dzięki niemu udało nam się przeczekać deszcz. Po ponad godzinie ruszyliśmy dalej, na najbardziej malowniczy odcinek tego dnia, prowadzący gruntową drogą przez bagniska i torfowiska ciągnące się kilometrami i robiące niesamowite wrażenie. Przed Mönkebude czekała nas jeszcze jedna niespodzianka, kilka kilometrów szlaku poprowadzone było przez las, ale ścieżką kompletnie zakręconą, praktycznie pozbawioną prostych fragmentów. Staraliśmy się jechać dość szybko, a do tego siedząc sobie na kołach, przez co jazda była trochę niebezpieczna, ale za to ekscytująca. Pogoda zdążyła się poprawić i w świetnych nastrojach wjechaliśmy do Mönkbude, kilka kilometrów przed Ueckermünde, aby tam, w ośrodku nad Zalewem poszukać noclegu. Nie udało się go znaleźć, bo domki w naszym zasięgu cenowym (20E) były już zajęte, ale miła Pani recepcjonistka skierowała nad do Informacji Turystycznej, gdzie jeszcze milsza pani informantka łamaną angielszczyzną znalazła nam pokoje za 18E od osoby, u gospodarza we wsi.
Gospodarz też okazał się miły, a że był to któryś z rzędu przejaw bycia miłym ze strony przedstawicieli rasy teutońskiej, nasz antygermanizm począł słabnąć i stopniowo, aż do końca wyprawy, prawie w ogóle zanikł. Niestety, u mnie wyparł go żarliwy antypolonizm
Po zainstalowaniu się na kwaterze (całkiem ok) ruszyliśmy w poszukiwaniu obiadu, ale okazało się to zadaniem bardzo trudnym, a w zasadzie niemożliwym. Przede wszystkim z powodu naszego roszczenia, aby obiadowi towarzyszyć mogło oglądanie mistrzostw, a tutaj albo rybki, albo akwarium… Byliśmy więc głodni, ale nie wściekli, bo znaleźliśmy fajną winiarnię, gdzie w rewelacyjnych warunkach obejrzeliśmy jedyny dobry mecz tego wyjazdu, czyli rywalizację Danii z Kamerunem. A potem siusiu, paciorek i spać, bo trzeba było przygotować się mentalnie na jutrzejszy powrót do Polski – infrastruktura rowerowa po niemieckiej stronie była znakomita, liczba rowerzystów duża (przedział wiekowy praktycznie nieograniczony), kultura kierowców samochodów porażająca, do głowy im nie przychodziło, żeby użyć klaksonu nawet jak musieli jechać za nami kilkaset metrów, czekając na bezpieczny (dla nas!!!) moment, żeby nas wyprzedzić. Tak to właśnie antypolonizm mój rósł i rósł, a że miałem już niespecjalnie fajne rowerowe doświadczenia ze Szczecina, to obawiałem się, że jutro osiągnie apogeum. Obawiałem się niepotrzebnie, bo na tle doświadczeń kolejnych dni, Szczecin okazał się być całkiem znośny. Ale o tym później.




Przed przeprawą w Świnoujściu © lobotomik


Uznam - niemiecka ścieżynka rowerowa © lobotomik


Wydawało się, że może padać © lobotomik


Rezerwat ptactwa w okolicach Anklam © lobotomik


Zalew Szczeciński niczym z Viscontiego © lobotomik


Dane wyjazdu:
68.01 km 10.00 km teren
03:10 h 21.48 km/h:
Maks. pr.:44.40 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 1007 kcal

Łagiewniki & Biała

Niedziela, 6 czerwca 2010 · dodano: 07.06.2010 | Komentarze 0

Nazbierało się: najpierw po okolicy (próby z spd), potem pucowanie rowerów i wieczorem do Łagiewnik (Pod Modrzewiem), a potem jeszcze do Białej i nocny powrót przez Stryków, w grupie dużej i szybkiej.
A poza tym to nabroiłem...

Dane wyjazdu:
50.22 km 5.00 km teren
02:19 h 21.68 km/h:
Maks. pr.:42.00 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Stryków

Sobota, 22 maja 2010 · dodano: 22.05.2010 | Komentarze 0

Małe kółko po Parku (Kalonka, Dobieszków, Stryków, Cesarka, Sierżnia, Skoszewy). Kiedy wyjeżdżałem, wiatr był nieco zbyt chłodny, ale potem już ekstra.
W uszach Fyfe Dangerfield i Caribou.
Wieczorem jeszcze do sklepu i rundka do Dobieszkowa.

Dane wyjazdu:
60.79 km 10.00 km teren
02:58 h 20.49 km/h:
Maks. pr.:44.00 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

PKWŁ, wreszcie

Piątek, 21 maja 2010 · dodano: 22.05.2010 | Komentarze 0

Najpierw sklep &c, potem po Parku (Wódka, Kalonka, Skoszewy, Sierżnia, Moskwa, Plichtów, Grabina), a wieczorem jeszcze po Alika. Razem nazbierało się 60 km.

Dane wyjazdu:
85.82 km 10.00 km teren
03:20 h 25.75 km/h:
Maks. pr.:37.90 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 1555 kcal

Mrowiczna

Środa, 12 maja 2010 · dodano: 12.05.2010 | Komentarze 0

Do ciotki na kawę. Między deszczami, w przyjemnej temperaturze, bardzo równym i szybkim (jak na mnie) tempem. Już prawie gotowy na wyprawę:)

<iframe src="" width="600" height="400" frameborder="0" scrolling="no" marginheight="0" marginwidth="0" title="GPSies - Mrowiczna"></iframe>

Dane wyjazdu:
51.86 km 8.00 km teren
02:28 h 21.02 km/h:
Maks. pr.:46.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Lemuriada

Czwartek, 29 kwietnia 2010 · dodano: 29.04.2010 | Komentarze 0

Po Lemura na Widzew z działki. Przez Kalonkę, Skoszewy, Moskwę i Wiączyń. Kapitalna pogoda.