Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi lobotomik z miasteczka Łódź. Z Bikestats mam przejechane 52176.99 kilometrów w tym 4091.50 w terenie.
Więcej o mnie.

STATS
pre-Bikestats:
2000 -----> 2057 km
2001 -----> 3616 km
2002 -----> 3206 km
2003 -----> 2200 km
2004 -----> 3517 km
2005 -----> 3686 km
2006 -----> 3077 km
2007 -----> 2857 km
2008 -----> 3162 km
2009 -----> 5859 km

Bikestats:
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lobotomik.bikestats.pl
Dane wyjazdu:
92.18 km 0.00 km teren
04:45 h 19.41 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:16.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Świnoujście - Liberec [Day 1: Świnoujście - Mönkebude]

Sobota, 19 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 2

TRASA: [PL] - Świnoujście - [GER] - Ahlbeck - Zirchow - Usedom - Anklam - Mönkebude]

Podróż rozpoczęliśmy punktualnie o drugiej (no dobra, z dziesięciominutową obsuwą) w Wódce u Luki. Rowery załadowaliśmy szybko, upchnęliśmy się w piątkę do samochodu (Anita miała zostać nad morzem z koleżanką przez kilka dni) i ruszyliśmy do Świnoujścia. Droga minęła dość szybko, ale strasznie było mi szkoda Luki. Wprawdzie wszyscy spaliśmy tylko po dwie godziny, ale on musiał prowadzić te 450 kilometrów i prosto z samochodu wsiąść na rower i ruszyć w trasę…
W Świnoujściu byliśmy po 9, czekali już na nas Bartek z Dawidem. Powitania etc., a potem dziewczyny i Dawid pojechali samochodami w siną dal, a my szybka przebiórka i na prom, który przewiózł nas z Wolina na Uznam i wyprawa się rozpoczęła.
W Świnoujściu stanęliśmy jeszcze na kawę w Coście, zatłoczonej niemieckimi turystami i amatorami słabej złotówki. Pół godziny przerwy i rozprostowywania kości po podróży samochodem i ruszyliśmy. Pogoda była paskudna – zachmurzone niebo i bardzo silny wiatr, który już w samochodzie napsuł nam krwi: Łukaszowe Audi spaliło przezeń 1/3 ropy więcej niż zwykle. A jak Audi miało kłopoty, to co dopiero my, w sumie na samym początku sezonu. Kiedy piliśmy kawę zaczęło się jakby przejaśniać, a przynajmniej mieliśmy taką nadzieję. Ojczyzna zdążyła nas jeszcze pożegnać nerwowymi połajankami ze strony sfrustrowanych kierowców, którym nasza czwórka straszliwie cosik przeszkadzała, ale po chwili i minięciu 754 budek z papierosami wjechaliśmy do Niemiec z nadzieją, że przynajmniej połajanki ze strony kierowców się skończą. I faktycznie, aż do Liberca był pod tym względem spokój.
Zaraz za granicą, w Ahlbeck, odbiliśmy w lewo na Oder-Neisse Radeweg, której generalnie mieliśmy się trzymać przez większą część trasy. Pierwsze wrażenia: miało nie być górek, a były, ale dzięki nim dość szybko się rozgrzaliśmy (cały czas było zimno) i pogoda nam już nie przeszkadzała w zasadzie aż do końca wyprawy. Trasa okazała się malownicza, z przyjemnymi przewyższeniami i przez większą część fajnymi widokami na Stettiner Haff. Pierwszy postój zrobiliśmy w Usedom, ładnym i zadbanym miasteczku, ale jakby wyludnionym i nadmiernie spokojnym (jak w filmie z zombiakami, zanim te zaczną wyłaniać się zza domów…). Jak miało się okazać, będą to (uroda i wyludnienie) cechy większości miejscowości po niemieckiej stronie Odry, podczas gdy ich opozycje charakteryzować będą miasta po stronie polskiej.
Po 13 dojechaliśmy do Anklam, pierwotnie miejsca noclegu, ale już kilka dni wcześniej zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Ueckermünde. W Anklam przywitał nas festyn z rozkosznie fałszującymi niepełnosprawnymi dzieciakami na estradzie, i nieuchronnie zbliżający się deszcz, jak się okazało jedyny podczas całej wyprawy. Za zabytkową bramą wjazdową stanęliśmy na piwo, drogie, ale bardzo dobre, i dzięki niemu udało nam się przeczekać deszcz. Po ponad godzinie ruszyliśmy dalej, na najbardziej malowniczy odcinek tego dnia, prowadzący gruntową drogą przez bagniska i torfowiska ciągnące się kilometrami i robiące niesamowite wrażenie. Przed Mönkebude czekała nas jeszcze jedna niespodzianka, kilka kilometrów szlaku poprowadzone było przez las, ale ścieżką kompletnie zakręconą, praktycznie pozbawioną prostych fragmentów. Staraliśmy się jechać dość szybko, a do tego siedząc sobie na kołach, przez co jazda była trochę niebezpieczna, ale za to ekscytująca. Pogoda zdążyła się poprawić i w świetnych nastrojach wjechaliśmy do Mönkbude, kilka kilometrów przed Ueckermünde, aby tam, w ośrodku nad Zalewem poszukać noclegu. Nie udało się go znaleźć, bo domki w naszym zasięgu cenowym (20E) były już zajęte, ale miła Pani recepcjonistka skierowała nad do Informacji Turystycznej, gdzie jeszcze milsza pani informantka łamaną angielszczyzną znalazła nam pokoje za 18E od osoby, u gospodarza we wsi.
Gospodarz też okazał się miły, a że był to któryś z rzędu przejaw bycia miłym ze strony przedstawicieli rasy teutońskiej, nasz antygermanizm począł słabnąć i stopniowo, aż do końca wyprawy, prawie w ogóle zanikł. Niestety, u mnie wyparł go żarliwy antypolonizm
Po zainstalowaniu się na kwaterze (całkiem ok) ruszyliśmy w poszukiwaniu obiadu, ale okazało się to zadaniem bardzo trudnym, a w zasadzie niemożliwym. Przede wszystkim z powodu naszego roszczenia, aby obiadowi towarzyszyć mogło oglądanie mistrzostw, a tutaj albo rybki, albo akwarium… Byliśmy więc głodni, ale nie wściekli, bo znaleźliśmy fajną winiarnię, gdzie w rewelacyjnych warunkach obejrzeliśmy jedyny dobry mecz tego wyjazdu, czyli rywalizację Danii z Kamerunem. A potem siusiu, paciorek i spać, bo trzeba było przygotować się mentalnie na jutrzejszy powrót do Polski – infrastruktura rowerowa po niemieckiej stronie była znakomita, liczba rowerzystów duża (przedział wiekowy praktycznie nieograniczony), kultura kierowców samochodów porażająca, do głowy im nie przychodziło, żeby użyć klaksonu nawet jak musieli jechać za nami kilkaset metrów, czekając na bezpieczny (dla nas!!!) moment, żeby nas wyprzedzić. Tak to właśnie antypolonizm mój rósł i rósł, a że miałem już niespecjalnie fajne rowerowe doświadczenia ze Szczecina, to obawiałem się, że jutro osiągnie apogeum. Obawiałem się niepotrzebnie, bo na tle doświadczeń kolejnych dni, Szczecin okazał się być całkiem znośny. Ale o tym później.




Przed przeprawą w Świnoujściu © lobotomik


Uznam - niemiecka ścieżynka rowerowa © lobotomik


Wydawało się, że może padać © lobotomik


Rezerwat ptactwa w okolicach Anklam © lobotomik


Zalew Szczeciński niczym z Viscontiego © lobotomik



Komentarze
lobotomik
| 07:27 poniedziałek, 28 czerwca 2010 | linkuj No, niestety, tam dalej prawie całe 600 km były takie albo bardzo podobne drogi; frustrujące
evesiss
| 06:50 poniedziałek, 28 czerwca 2010 | linkuj ścieżynka prawie jak nasza autostrada
Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa yslze
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]