Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi lobotomik z miasteczka Łódź. Z Bikestats mam przejechane 52176.99 kilometrów w tym 4091.50 w terenie.
Więcej o mnie.

STATS
pre-Bikestats:
2000 -----> 2057 km
2001 -----> 3616 km
2002 -----> 3206 km
2003 -----> 2200 km
2004 -----> 3517 km
2005 -----> 3686 km
2006 -----> 3077 km
2007 -----> 2857 km
2008 -----> 3162 km
2009 -----> 5859 km

Bikestats:
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lobotomik.bikestats.pl
Dane wyjazdu:
92.45 km 0.00 km teren
04:26 h 20.85 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Świnoujście - Liberec [Day 2: Mönkebude - Szczecin]

Niedziela, 20 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 0

Trasa: [GER] - Mönkebude - Ueckermunde - Vogelsang - Hintersee - [PL] - Tarnowo - Police - Szczecin

Z Mönkebude ruszyliśmy rano i, wstyd przyznać, bez śniadania. Mieliśmy jechać do Altwarp, i stamtąd przeprawić się promem do Polski, ale uczynny gospodarz poinstruował nas – starając się mówić po niemiecku zrozumiale, ale nie bardzo mu wychodziło przy naszym antytalencie jeśli chodzi o języka Kanta – że przeprawa promowa jest nieczynna, o czym poinformował go rano żona. Miłe z jego strony, zaoszczędziło nam godzinę drogi:)
Ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża, przecięliśmy Ueckermünde (piękne, zadbane miasteczko i nawet byłow nim trochę żywych ludzi) i przed dwunastą dojechaliśmy do Hintersee, stuknął 40 kilometr, a my cały czas bez żarcia, bo to niedziela i wszystko w Germanii pozamykane na cztery spusty. Liczyliśmy na to, że dojedziemy do Dobieszczyna i za przejściem na pewno będą stały jakieś budki, bo to handel przygraniczny i wiadomo. Mimo głodu, jechało się świetnie – tego dnia jechałem aż do granicy z Bartkiem, chłopaki zostali z tyłu, bo – nader racjonalnie, jak miało się okazać – stanęli, żeby kupić owoce od jakiejś niemieckiej farmerki. Tempo było przyzwoite, im bliżej granicy tym więcej rowerzystów z Polski, którzy wykorzystywali ładną pogodę i zaawansowaną niemiecką technologię kładzenia równych asfaltów. Za Hintersee groziło nam pobłądzenie, co przy gargantuicznym głodzie nie byłoby fajne (a niestety godzinę później spotkało Krzysia), ale grupa niemieckich kolarzy na szosówkach skazała nam drogę do granicy. Oznaczenia bowiem były na tym odcinku fatalne – nie mieliśmy dobrych map, tego dnia zjechaliśmy z Oder-Neisse Radeweg żeby dojechać do Szczecina, a drogi w większości były lokalne, a lokalsi – wiadomo, wiedzą, gdzie jechać. No ale w końcu dojechaliśmy do granicy, do głodu dołączył jego wierny towarzysz, czyli pragnienie, bo po 50 kilometrach bidony były już puste. Przejeżdżamy na stronę polską, a tu… puszcza. Cały Dobieszczyn to jeden dom plus strzelnica sportowa, co wyglądało dość surrealnie, ale nie było czasu rozkoszować się klimatem, bo doskwierał głód. Uprzejmy strzelec sportowy poinstruował Bartka, że najbliższy sklep jest za 13 kilometrów, i zauważyłem, że Bartek zaczął lekko dygotać. No to cóż czynić, jedziemy. Podkręciłem tempo, żeby szybko dojechać do sklepu w Tanowie, który jawił się jako połączenie ziemi obiecanej z pustynną oazą. Zgubiłem Bartka, który zauważył przy drodze znak „Ujęcie wody” i kierownica sama mu skręciła we wskazanym przez znak kierunku. Później okazało się, że to jakieś ujęcie przemysłowe i wody się nie napił, ale do Tanowa dojechał niedługo po mnie, po krótkim odpoczynku. Tanowo było ohydne i brudne, ale po 60 kilometrach na czczo nie miało to znaczenia; napakowaliśmy w siebie kalorii na jakieś trzy-cztery dni (zajebiste kabanosy, zresztą smakowałaby nam wtedy chyba nawet zwykła mortadela), dojechał Luka z informacją, że Krzysio źle skręcił dokładnie w tym fatalnie oznaczonym miejscu, w którym my skorzystaliśmy z topograficznej pomocy niemieckich rowerzystów. Zdecydowaliśmy się nie czekać na niego w Tanowie (byłoby to może koleżeńskie, ale trąciłoby masochizmem) i po krótkich negacjach zdecydowaliśmy się jechać jeszcze do Polic, żeby nakręcić trochę kilometrów i tam obejrzeć pierwszy mecz przy obiedzie. O lokalu, w którym można coś zjeść równocześnie oglądając mecz Mistrzostw Świata można w Policach, mieście, jak powiedział nam uprzejmy lokals, „wielu kebabów i pizzerni”, co najwyżej pomarzyć, więc mając do wyboru mecz i żarcie wybraliśmy żarcie, po raz kolejny dowodząc prymatu natury nad kulturą.
Zajadaliśmy pizzę, dość przeciętną, ale nie najgorszą, popijaliśmy piwko (dość przeciętne i być może najgorsze – po niemieckich piwach te polskie z mainstreamowych browarów w ogóle nie wchodziły) i dojechał Krzysio. Też zamówił piwko i zaliczyliśmy dwa miłe spotkania i jedno niemiłe: najpierw jakiś starszy facet podszedł popodziwiać rowery i zaczął opowiadać o sowich eskapadach – jeśli mówił prawdę, a pewnie tak, to trochę się nakręcił. Był sympatyczny, ale trochę upierdliwy i w pewnym momencie Luka zerkał trochę spode łba, zapewne podobnie jak my wszyscy. Przy stoliku obok też siedzieli rowerzyści, ze Szczecina i Polic. Jak się okazało, właśnie planowali wakacyjny wypad rowerowy do Szwajcarii. Ponieważ dysponowali najnowszymi telefonami z GPS-em, wyrysowali nam w necie najkrótszą i najatrakcyjniejsza trasę do Szczecina, włącznie z dość dla nas istotnymi szczegółami dotyczącymi jak najszybszego przejazdu przez miasto do zamówionego noclegu. Dzięki chłopaki!
Z tą wytyczoną trasą też jest zresztą fajna sprawa, bo prowadziła ona przez same ulice o zadziwiających nazwach – Orła Białego, Piastowską, Mieszka czy tam Chrobrego itd. Zawłaszczanie przez Polskę tzw. Ziem odzyskanych odbywało się na zasadzie nomenklaturowej ideologii. Niestety nie towarzyszyła jej żadna architektoniczna ideologia, o czym przekonaliśmy się i w Policach, i w samym Szczecinie. Po raz kolejny dopadła mnie uporczywa i paskudna myśl, że trzeba im było te tereny zostawić, to przynajmniej dałoby się teraz po nich przyjemnie jeździć…
Nocleg w Szczecinie okazał się być całkiem w porządku, z telewizorem LCD w pokoju, na którym mieliśmy obejrzeć wieczorny mecz (musiał być zajebiście nudny, jak prawie całe mistrzostwa, bo nawet nie pamiętam kto grał z kim…). Na zakupy skoczyliśmy do pobliskiej Biedronki, co miało stać się naszym zwyczajem. Tym razem jednak kupiliśmy wódkę, którą wypiliśmy do kolacji, ale postanowiliśmy tego eksperymentu nie powtarzać. W tzw. Międzyczasie zadzwonił Lemur, że Zezik jej uciekł z działki i ni wraca, ale po kilku godzinach wrócił, całkiem z siebie zadowolony, w przeciwieństwie do Lemura, który chciał pojechać na rower, a nie mógł. A my wracając z Biedronki zjedliśmy sobie jeszcze po naprawdę smacznym hot-dogu w ostrym sosie i wróciliśmy na mecz. A potem tradycyjnie – paciorek, siusiu i spać: jutrzejszy dzień już prawie cały mieliśmy spędzić po niemieckiej stronie i nie ma co ukrywać, bardzo na to czekaliśmy.


<iframe src="" width="600" height="400" frameborder="0" scrolling="no" marginheight="0" marginwidth="0" title="GPSies - Do Szczecina"></iframe>





Czas ruszać z Monkebude © lobotomik


Karol Marks wiecznie żywy (w Monkebude) © lobotomik


Waiting for Christopher © lobotomik


Ueckermunde © lobotomik


I o co było się bić... © lobotomik



Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy. Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz dwa pierwsze znaki ze słowa eraln
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]