Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi lobotomik z miasteczka Łódź. Z Bikestats mam przejechane 52176.99 kilometrów w tym 4091.50 w terenie.
Więcej o mnie.

STATS
pre-Bikestats:
2000 -----> 2057 km
2001 -----> 3616 km
2002 -----> 3206 km
2003 -----> 2200 km
2004 -----> 3517 km
2005 -----> 3686 km
2006 -----> 3077 km
2007 -----> 2857 km
2008 -----> 3162 km
2009 -----> 5859 km

Bikestats:
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lobotomik.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

100-150

Dystans całkowity:8900.75 km (w terenie 424.00 km; 4.76%)
Czas w ruchu:380:47
Średnia prędkość:23.37 km/h
Maksymalna prędkość:62.18 km/h
Suma podjazdów:29009 m
Suma kalorii:23772 kcal
Liczba aktywności:75
Średnio na aktywność:118.68 km i 5h 04m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
104.17 km 8.00 km teren
04:45 h 21.93 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:13.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:215 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Borderlands, Day 3: Biebrza

Poniedziałek, 6 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0



Pożegnanie z sołtysem © lobotomik


Okolice Dolistowa © lobotomik


Biebrza © lobotomik


Jestem z tych ciekawskich © lobotomik


"Promiski to takie małe obietnice" © lobotomik


Płaskie © lobotomik


Gdy psy się bawią, koty harcują © lobotomik


Dane wyjazdu:
136.10 km 7.00 km teren
06:07 h 22.25 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:15.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:406 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Borderlands, Day 2: Podlasie

Niedziela, 5 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0



Niedzielny poranek przywitał nas słońcem. Pobudka, mycie, śniadanie i w drogę – najgorzej miał Krzysio, który dojechał wczoraj dopiero o 21:00. Wyruszyliśmy przed 10 i o 11:00 byliśmy w Michałowie. Tempo zauważalnie siadło, przeszkadzał wiatr, a nogi nie zdążyły się porządnie zregenerować. W Michałowie czekała na nas królewska niespodzianka – po wczorajszych parodii obiadu i pastiszu kolacji, no i po porannym żarcie ze śniadaniem: w Michałowie mieli świeżutkie, cieplutkie bułeczki prosto z pieca. I t w niedzielę! Och, jak ja się nażarłem.
Z Michałowa wyjechałem sam, a raczej w mp3-owym towarzystwie Bombay Bicycle Club. Traska ładna, no i trochę mniej lasów, których po wczorajszej puszczy Białowieskiej mieliśmy jakby trochę dosyć. Po drodze do Białegostoku tylko dwie niemiłe niespodzianki – parę kilometrów kostki w Folwarkach i ruch samochodowy na drodze nr 19.
Za to Białystok był dla mnie olśnieniem – byłem tam jakieś 10 lat temu chyba, i pamiętam syf, brud i totalny brak czegokolwiek atrakcyjnego, na czym można byłoby zawiesić wzrok. Innymi słowy, taką drugą Łódź, tylko bardziej przaśną. A tutaj pięknie odnowiony Rynek, luźna atmosfera (akurat trwał festyn, na którym napiliśmy się piwa regionalnego… z Łasku) – fajne miasto z dużą ilością przestrzeni przyjaznej dla ludzi. Innymi słowy, odwrotność Łodzi.
Ale w życiu zawsze jest tak, że jak jest dobrze, to musi się spieprzyć, więc poszliśmy na obiad do pizzerii nazywającej się bodaj Savona, gdzie zostaliśmy obsłużeni w sposób, o którym należałoby pewnie napisać opowiadanie albo bajkę dydaktyczną, ale to może innym razem. W każdym razie, jeśli ktoś to czyta: TRZYMAJCIE SIĘ Z DALEKA OD NADĘTYCH KELNEREK I JEDNORĘKIEGO KUCHARZA!
No dobrze, ale była to dopiero druga wtopa obiadowa i potem miało już być tylko lepiej! Najważniejsze jest to, ze już po 1,5 godzinie spędzonej w Savonie w oczekiwaniu na posiłki (na ich obronę trzeba powiedzieć, że herbatę przynieśli już 5 minut po zamówieniu:) ruszyliśmy na Goniądz. Było już po 15, a przed nami była więcej niż połowa drogi. Do Trzcianne(j/go) jechałem z Dawkiem, a w zasięgu wzroku mieliśmy Bartka (tj. byłby w zasięgu wzroku, gdybyśmy mieli oczy z tyłu głowy:) W Krypnie już było ciężko, a w miejscowości Trzcianne, gdzie się zatrzymaliśmy – już bardzo ciężko. W twarz wiał dość silny wiatr, no i zaczęło się robić bardzo zimno. Co gorsza, nie mieliśmy żadnych zapasów, no i marne widoki na sklep w Goniądzu otwarty w niedzielę po 20, więc ruszyliśmy z Bartkiem do Goniądza, a Dawko poczekał na Evesiss (Krzysio był jeszcze w Krypnie). W Goniądzu, kolejnym pomniku niegospodarnych samorządowców, zrobiliśmy zakupy w markecie i pojechaliśmy do Dawidowizny, gdzie mieliśmy nocować w pokojach U Sołtysa u Anny i Tomasza Jędrzejczak (WWW.dawidowizna.wirtualnabiebrza.pl) . Na miejsce dotarliśmy o 18:40, mocno nieprzytomni i zmarznięci. Nocleg był naprawdę w porządku, tak że polecamy. Za chwilę dojechali Dawko z Eweliną, niedługo potem Krzysiek, i w coraz większym chłodzie oglądaliśmy żenująco słabe polskie kabarety na dwójce, albo i na jedynce, cholera wie. Prysznic, kolacja, piwko, przechwałki samochwałki (och, jacy jesteśmy nieźli, tyle kilometrów, w taki wiatr i w takie zimno, hej, chcemy ordery od prezia i w ogóle) i do łóżka.
Aha, obejrzeliśmy też rogoże pogody, według której miało padać cały następny dzień, a temperatura miała wynieść maksimum 12 stopni. No i nam przeszło samozadowolenie…


Jezioro Siemianowskie © lobotomik


Siemianówka © lobotomik


Białystok ładniejszy niż myślałem © lobotomik


A na rynku był festyn © lobotomik


Byle go Goniądza © lobotomik


Dane wyjazdu:
127.65 km 8.00 km teren
05:04 h 25.19 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:16.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:340 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Borderlands, Day 1: Białowieża

Sobota, 4 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 2



Rozpoczęło się, jak zwykle, od PKP, czyli od królestwa Bartosza, który zgodnie ze swoimi królewskimi prerogatywami zameldował się na Fabrycznym prawie ostatni, to znaczy 15 minut przed Krzyśkiem, zaliczając jeszcze po drodze pierwszą wywrotkę a la spd.
Pociąg ruszył o 6:54 i w Wawie byliśmy punktualnie, choć oczywiście nie było przedziału dla rowerów. Za to w Wawie wsiedliśmy w pociąg do Gdyni (tak, jechał przez Białystok:) wyposażony w komfortową część przeznaczoną do przewozu rowerów. Jedyny minus był taki, że przyjechał spóźniony, ale nie dziwota – jeśli z Katowic do Warszawy meandrował tak samo jak z Warszawy do Gdyni… W Łapach (które zrobiły na mnie dość przygnębiające wrażenie; już po powrocie przeczytałem gdzieś artykuł o ekonomicznej stagnacji tego miasteczka) byliśmy dopiero o 11:30, a że przed nami było około 130 km od razu ruszyliśmy w drogę.
Trasa do Bielska całkiem fajna, z niedużymi przewyższeniami i uroczym babim latem, którym oblepieni jechaliśmy przez jakieś 20 kilometrów. Wiatr nie przeszkadzał, świeciło słońce i ruszyliśmy z Dawidem dość ostro, tak że już o 13:00 (a dokładnie 13:02) byliśmy w Bielsku Podlaskim. Niebawem dojechali Bartek i Ewelina, którzy oddali się orgiastycznym zakupom w sklepie sieci Lidl, przez co wprawdzie i tak później marzli, ale za to marzli mniej. Z Bielska bardzo dobrym tempem (nawet nas zdziwiło) do Hajnówki, gdzie w plackarni (naprawdę) na 3-go Maja „raczyliśmy się” kawą i herbatą. Połowa była za nami, ale było już przed trzecią…
Utrzymaliśmy dobre tempo do Białowieży, w której byliśmy tuż przed 16:00, i w miejscowym zajeździe zjedliśmy obiad, o którym napisze tyle, że był. No dobra, i że był skandalicznie drogi i niesatysfakcjonujący. Do obiadu Żubr (w końcu Białowieża), ale żeby płacić za niego 7pln? Zdzierstwo, jak mawiała moja babcia.
W międzyczasie dojechał Krzysio, ale – kierując się rozsądkiem, którego nabywa się wraz z upływem czasu – zjadł obiad w innym miejscu. Z tego, co pamiętam, również nie był specjalnie zachwycony.
Do Siemianówki ruszyłem z Bartkiem. Wybraliśmy drogę naokoło, ciesząc się puszczą i konwersacją nieco dłużej, a i droga była lepsza. Stanęliśmy na chwilę w Narewce na leśnym parkingu i ruszyliśmy na Siemianówkę. Po drodze dogoniliśmy Dawka i Ewelinę, którzy pojechali krótszą drogą. W Siemianówce byliśmy o 19:00, co jak na tak późny start było niezłym wynikiem. Zrobiliśmy zakupy w najgorzej zaopatrzonym sklepie świata i udaliśmy się na nocleg – u państwa Biryckich na Szkolnej 14. Nocleg pierwsza klasa, świetne warunki i miła gospodyni – żartom i zabawom nie było końca; przygrywali Minchin (sorry, Evesiss), Broken Bells i The Drums, och jak było fajnie.


Na dworcu w Warszawie © lobotomik


i na dworcu w Łapach © lobotomik


Daffyd rozkręca tempo za Hajnówką © lobotomik


Tutaj lepiej nie jeść © lobotomik


W Siemianówce © lobotomik


Dane wyjazdu:
127.92 km 0.00 km teren
05:17 h 24.21 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:23.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Świnoujście - Liberec [Day 6: Gubin - Zgorzelec]

Czwartek, 24 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 1

Trasa: [PL] - Gubin - [GER] - Guben - Forst - Bad Muskau - Rothenburg - Gorlitz - [PL] - Zgorzelec

Królewski etap wyprawy – około 130 km do Zgorzelca. Niby nie dużo, ale w rozmowach w dni poprzednie przewijał się jako coś demonicznego i groźnego. Jak się okazało, zupełnie bez powodu.
Nocleg namierzyliśmy i zarezerwowaliśmy już wcześniej, korzystając z papierowej bazy danych przygotowanej przez Bartka, zatem jechało się bez większego stresu. Tego dnia miałem ochotę na samotność, więc wyjechałem z Gubina jeszcze przed wszystkimi i całą trasę do Zgorzelca jechałem samotnie. Całą drogę starałem się utrzymać równe tempo i ostatecznie etap przejechałem dość szybko: już o 14:00 byłem w Zgorzelcu na miejscu noclegu.
Zatrzymywałem się co 15-20km, ale góra na 5 minut. Najpierw w Forst, a potem w kolejnych miejscowościach, w których witały mnie dwujęzyczne napisy, pamiątki po Słowianach żyjących w Niemczech. Na moment zatrzymałem się w Bahren, a na chwilę dłużej w Bad Muskau, żeby zwiedzić imponujący park. Z Bad Muskau do Rothenburga zdecydowałem się jechać główną drogą, a nie ścieżką rowerową, robiąc krótki postój w lesie na wysokości miejscowości Werdeck. Z Rothenburga przez Zodel dojechałem do Görlitz, które powaliło mnie swoją urodą. Zza rzeki Zgorzelec też wyglądał nie najgorzej, ale potem przejechałem most i już nie było tak różowo: odrapane budynki, szare brudne ulice, pijacy i żule, agresywni kierowcy – cały ten koktajl, który nazywa się Polska i który sprawia, że chce się rzygać. Szkoda była tym większa, że Zgorzelec uniknął dramatycznych zniszczeń podczas wojny i pełen jest zajebistych secesyjnych kamienic, o jakich Piotrkowska może pomarzyć. Niestety, takie same kamienice po stronie niemieckiej są odmalowane i lśnią czystością, a po stronie polskiej wyglądają jak ulica Wschodnia w Łodzi w sobotnie popołudnie. Cóż, może następna powódź zaleje i woda już nie opadnie, przynajmniej będzie jezioro.
Nie bez problemów udało mi się zlokalizować nocleg na ulicy Szymanowskiego, zadekowałem się (właścicielka nawet miła, ale w końcu to Polska, więc ostrzegła mnie, żebym zamykał drzwi na klucz, bo… wynajmuje pokój Murzynowi!!!), wziąłem prysznic i poszedłem po GW do poczytania i po kilo czereśni do zjedzenia. Zjadłem, poczytałem i koło 16:00 przyjechał Luka z Bartkiem i wspólnie obejrzeliśmy pokoju mecz, w którym Słowacy upokorzyli Włochów. Radości i swawoli nie było końca. Przez telefon rozmowa z ultrazadowolnym Dawidem, który na takie upokorzenie Włochów czekał całymi latami. Po meczu dojechał Krzysiu, który po drodze pobłądził i bóg jeden wie, ile narobił kilometrów, bo nie ma licznika. Na obiad zeszliśmy do centrum, gdzie niezwykle gadatliwy i sympatyczny kelner polecił nam znakomite lokalne piwo, które śmiało mogło konkurować z ciemnymi piwami niemieckimi. Obiad już trochę mniej znakomity (zamówiłem filet z łososia, ale był mikry i cosik niedosmażony), potem sklep, czyli zapasy alkoholowo-kolacyjno-śniadaniowe, w pokoju drugi mecz, tym razem bodaj odpadła Dania, paciorek, siusiu i spać. Jutro czekał nas ostatni dzień trasy i najbardziej wymagający.





Such a lonely day © lobotomik


Park w Bad Muskau © lobotomik


Tak wygląda Gorlitz... © lobotomik


...a tak nasz nocleg w Zgorzelcu © lobotomik


Kamienice w Gorlitz © lobotomik


Dane wyjazdu:
105.17 km 0.00 km teren
04:06 h 25.65 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:22.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Świnoujście - Liberec [Day 4: Cedynia - Słubice]

Wtorek, 22 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 0

Trasa: [PL] - Cedynia - Osinów - [GER] - Hohenwutzen - Kustrin - Lebus - Frankfurt (Oder) - [PL] - Słubice

Wtorek przywitał nas niezłą pogodą, więc szybko zjedliśmy śniadanie i w drogę, żeby jak najszybciej dojechać do granicy. Od granicy cały czas jechaliśmy Oder-Neisse Radweg, bardzo szybkim tempem. Po drodze stanęliśmy na kawkę w malowniczej wiosce, Krzysio popstrykał zdjęcia i ruszyliśmy dalej. Trzymaliśmy tempo ok. 30km/h, ale nagle Luka przyspieszył. Trochę się zagapiłem i zanim się obejrzałem był już kilkaset metrów przede mną i przy tym tempie nie miałem szans, żeby go dogonić. Czekał na mnie w Kietz, skąd już we dwójkę ruszyliśmy piękną trasą na Frankfurt, cały czas utrzymując dość wysokie tempo, o które stopniowo było coraz trudniej, bo droga zaczęła meandrować i zaczęły się niezłe przewyższenia.
Frankfurt okazał się być dużym miastem, zadbanym i – w przeciwieństwie do innych miejscowości na naszej trasie – zaludnionym. Linie tramwajowe, uniwersytet, piękna, odnowiona zabudowa, a za nami prawie stówka – czuliśmy się zadowoleni, spełnienie i europejscy.
W knajpce na rynku zamówiliśmy ciemne piwo, a w zasadzie 2 litry ciemnego piwa, które kelnerka – zakładam, że z odrobiną złej woli – przyniosła nam w… jednym kuflu. Nic to – jakoś się podzieliliśmy, dojechał Bartek, potem Krzysio i ruszyliśmy przez most do Słubic. Tradycyjnie, szok kulturowy po przekroczeniu granicy był spory, ale tego dnia dość znośny – Słubice robiły przynajmniej wrażenie miasta posprzątanego:). Nocleg mieliśmy w hotelu sportowym za targowiskiem na wylocie z miasta. Warunki takie sobie, materace bardzo niewygodne, ale można było na miejscu zjeść i obejrzeć mecz, tym razem było to upokorzenie Francuzów, które przyjęliśmy z radością. Jakoś dobrze nam się gadało, więc po meczu zakupiliśmy kolejne piwa i trwały nocne Polaków rozmowy, tym bardziej że jutro czekał nas lekki i niewymagający dzień, raptem 70 km.





Nieczynny (?) most na Odrze © lobotomik


Po drodze © lobotomik


Frankfurt - wesołe miasto © lobotomik


Dwa litry w jednym © lobotomik