Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi lobotomik z miasteczka Łódź. Z Bikestats mam przejechane 52176.99 kilometrów w tym 4091.50 w terenie.
Więcej o mnie.

STATS
pre-Bikestats:
2000 -----> 2057 km
2001 -----> 3616 km
2002 -----> 3206 km
2003 -----> 2200 km
2004 -----> 3517 km
2005 -----> 3686 km
2006 -----> 3077 km
2007 -----> 2857 km
2008 -----> 3162 km
2009 -----> 5859 km

Bikestats:
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lobotomik.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

100-150

Dystans całkowity:8900.75 km (w terenie 424.00 km; 4.76%)
Czas w ruchu:380:47
Średnia prędkość:23.37 km/h
Maksymalna prędkość:62.18 km/h
Suma podjazdów:29009 m
Suma kalorii:23772 kcal
Liczba aktywności:75
Średnio na aktywność:118.68 km i 5h 04m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
101.69 km 3.00 km teren
04:21 h 23.38 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:528 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Day 6: Jesus and His Big Cock (Ignalina - Utena)

Czwartek, 23 czerwca 2011 · dodano: 30.06.2011 | Komentarze 0



Dane wyjazdu:
100.48 km 0.00 km teren
04:10 h 24.12 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:380 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Day 5: But It Is Also Very Poor (Ignalina - Visaginas - Ignalina)

Środa, 22 czerwca 2011 · dodano: 30.06.2011 | Komentarze 0



Dane wyjazdu:
117.94 km 1.00 km teren
04:31 h 26.11 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:442 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Day 4: It Is a Beautiful Country (Vilnius - Ignalina)

Wtorek, 21 czerwca 2011 · dodano: 30.06.2011 | Komentarze 0



Dane wyjazdu:
100.13 km 7.00 km teren
03:50 h 26.12 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:421 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Day 1: Jeszcze Polska... (Okliny - Żegary)

Sobota, 18 czerwca 2011 · dodano: 30.06.2011 | Komentarze 0



Dane wyjazdu:
101.54 km 3.00 km teren
04:37 h 21.99 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:13.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:292 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Karolinki 2011 day 2: Deszczyciel

Niedziela, 1 maja 2011 · dodano: 03.05.2011 | Komentarze 1

Obudziliśmy się wcześnie rano lekko zawstydzeni, bo w bezliku wczorajszych zajęć zapomnieliśmy o wieczornym leżeniu krzyżem i biczowaniu, ale że głupio byłoby biczować się tuż przed jazdą, postanowiliśmy odłożyć przyjemności na wieczór i od razu po śniadaniu ruszyć w drogę na wschód. Pogoda nie była najgorsza, choć upału nie było. Za to okolice Nałęczowa, mimo kiepskiej nawierzchni, naprawdę ciekawe – dużo wzniesień, przełomów, sadów, malowniczych kościółków, a nawet jakieś jeziorka. No ale że zapomnieliśmy o biczowaniu, to musiała nas spotkać kara – tuz przed Garbowem Lemur wkręcił łańcuch w przerzutkę tak udatnie, że nie obyło się bez rozkuwania i skuwania na powrót przy asyście i asekuracji ElStampera. Zajęło nam to z godzinę, w czasie której Kocuriada z Józkiem pomknęli dalej, no i – może to nie plagi egipskie, ale i tak coś w tym stylu – zaczęło lać. Schroniliśmy się na przystanku w Garbowie na jedną czy dwie zdrowaśki i ruszyliśmy dalej, ale ulewa dopiero się zaczynała. Szczęśliwie nieopodal Garbowa znaleźliśmy miły wiejski lokalik miłą wiejską parafię, w której barman proboszcz ugościł nas grzanym piwem z sokiem strawa duchową i pozwolił przebrać się w suche ciuchy na zapleczu zakrystii.
Po dwóch godzinach wesołych konwersacji ruszyliśmy w czwórkę na Niemce i do Łęcznej. Po drodze zadzwonił Lemurowy ojciec z informacją, że Kotowi-niecnotowi absolutnie nie w smak jest podporządkowywanie się komukolwiek innemu niż my, więc Lemur wpadł w amok i natychmiast chciał wracać pociągiem z Łęcznej. Na szczęście z Łęcznej nie jeżdżą pociągi.
Poczekaliśmy chwilę na Evesiss i ElStampera (Józek i Kocuriada penetrowali już w tym czasie hałdy Bogdanki) i zjedliśmy surprajzingli smaczny obiad w pubie 30-stka na tzw. Deptaku w Łęcznej (albowiem Łęczna, miasto powstałe na potrzeby kopalni, niczego na kształt starówki/rynku nie posiada, przez co wygląda wyjątkowo smętnie, chociaż jej wieżowce z płyty wznoszą się nad okolicą i z kilkunastu kilometrów wyglądają jak słowiańska wersja Las Vegas…).
Lemur uspokoił się trochę, bo pomoc z kotem-niecnotem zaoferował SirWoland i już wesołą czwórką ruszyliśmy przez otulinę Poleskiego Parku Narodowego do Urszulina, gdzie, jak nas poinformował Józek, sklepu czynnego już nie ma. Wiadomo – beatyfikacja: przez głowę by nam nie przeszło krytykowanie ludzi, którzy zamykają sklep po to, by oddawać się radości w tym wyjątkowym dniu.
Niestety, nie wszyscy oddawali się radości, bo jeden sklep był otwarty, więc zrobiliśmy zapasy i udaliśmy się na kwaterę. I wtedy okazało się, że wszystkim nam brakuje jakieś 2 kilometry do setki, więc kręciliśmy się w kółko jak gromada zwariowanych psów, ale stówki pękły i wszystko było ok. (jak się później okazało, był to grzech pychy, za który pokuta czekać nas miała dnia następnego).
Na kwaterze okazało się, że Józek z Kocuriadą przez dwie godziny jechali w deszczu, a dodatkowo Kocuriada wykopyrtnęła się wjeżdżając na krajówkę, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Zrozumieliśmy, że to wszystko dlatego, że odpuściliśmy wczoraj biczowanie, a że bóstwo nasze katolickie wredne jest, prostackie i zawistne, trzeba było tego wieczora zaliczyć i dość bolesne biczowanie, i odmówić siedem dziesiątek różańca, i iść na majowe, a na dodatek złożyć ofiarę całopalną z „bardzo super” czapki Evesiss. Dopiero później położyliśmy się spać, licząc, że to cholerstwo dało się przebłagać…




Dane wyjazdu:
110.62 km 1.00 km teren
04:30 h 24.58 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:487 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Karolinki 2011 day 1: Inauguracja

Sobota, 30 kwietnia 2011 · dodano: 03.05.2011 | Komentarze 2

Że pech nas będzie prześladował, było jasne od początku, a nawet wcześniej, bo prześladował był już nas od kilku tygodni - złamany łokieć Dawka, bolące kolano Evesiss, trzy gumy pod rząd ElStampera, moja zgierska wywrotka…
Ale wszystko zaczęło się znakomicie: poranne modlitwy odmówiliśmy każdy w swoim domu i ruszyliśmy samochodami do Nałęczowa, a właściwie do Łąk. Kiedy o 9:10 dojechaliśmy na miejsce, czekali już na nas Lemur (który spędził na miejscu poprzednią noc) i gang Misztali. Szybko przebraliśmy się, objuczyliśmy rowery, spędziliśmy kilka upojnych minut modląc się nieopodal przydrożnej kapliczki i w szóstkę ruszyliśmy w drogę jeszcze przed 10. Kierowaliśmy się na zachód, na Wąwolnicę, a potem na południe w kierunku Opola Lubelskiego. Lemur wyskoczył jak szalony (bo jest szalony) i w Opolu byliśmy przed 11. Po prawdzie, to pomagało nam to charakterystyczne upostaciowienie Ducha Świętego, które nazywa się wiatrem w plecy.
W Opolu niebawem pojawiła się Kocuriada i usiedliśmy na piwko modlitwę w pobliskim barze kościele. Po kilkunastu minutach pojawili się ElStamper, Evesiss i Józek, Evesiss z cierpiętniczą miną, bo w Poniatowej nie skoordynowała roweru, i, obracając jedną dłonią paciorki różańca, wykopyrtnęła się, mocno obijając sobie dłoń. Potrzebna była wizyta w aptece i Evesiss, przypominająca już teraz pogańską mumię, ruszyła dalej. Kierowaliśmy się na południe, żeby zobaczyć Wrzelowiecki Park Krajobrazowy (piękny) i przed Józefowem odbiliśmy na północ, cały czas jadąc wzdłuż Wisły i pod wiatr, ale w otoczeniu przepięknych sadów i niezłym tempem.
Postój zrobiliśmy w Kamieniu, gdzie za parę minut dojechała do nad Kocuriada, cała spanikowana, że już maj i musimy odprawić Majowe. Na szczęście Lemur wykazał się bystrością umysłu i zauważył, że jeszcze jest kwiecień i wystarczy zwykła Włosienica i wieczorne biczowanie. Odetchnęliśmy z ulgą i pojechaliśmy dalej. Słońce świeciło i było naprawdę ciepło.
Ruszyliśmy na Kazimierz, piękną trasą wśród bezkresnych sadów, by w Lesie Dębowym spotkać … ElStampera i Evesiss, którzy w związku z wywrotką Evesiss postanowili nieco skrócić sobie trasę, ale trzeba im przyznać, że czas spędzili bogobojnie, na piciu modlitwie i zabawie medytacji. Popiliśmy pomodliliśmy się razem z nimi i wspólnie ruszyliśmy na Kazimierz. Jechało się trudniej – wiatr dawał się we znaki, a za Dąbrówką czekał na nas bardzo ostry podjazd i było dość ciężko. Ale wkrótce zameldowaliśmy się w Kazimierzu Dolnym, miasteczku, jak dla mnie, mocno przereklamowanym, ale za to będącym siedzibą słynnego klasztoru betanek, do którego oczywiście zajrzeliśmy przybrani w biało-żółte flagi. Obiad był bardzo średni (choć Stamperki nie narzekały) i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Łąk, piękną, choć technicznie trudną trasą przez Kazimierski Park Krajobrazowy. Zakupy (gromnice, modlitewniki, psałterze) zrobiliśmy w Wąwolnicy i około 18 byliśmy w miejscu, z którego 8 godzin wcześniej wyjechaliśmy.
Lemur, którego wiara jest z nas wszystkich najsłabsza, zaproponował pogańską rozrywkę oglądania Bitwy na Głosy. Byliśmy zażenowani i zasmuceni, i w ramach pokuty przez godzinę śpiewaliśmy psalmy, choć nie obyło się bez obciachu, bo Evesiss ciągle myliła teksty, ale to pewnie albo przez bolesny upadek, albo przez Bitwę na Głosy…




[Bilans roczny: +501]

Dane wyjazdu:
103.02 km 8.00 km teren
04:00 h 25.75 km/h:
Maks. pr.:50.20 km/h
Temperatura:17.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:233 m
Kalorie: 1895 kcal

Jack Visiting Poddębice

Czwartek, 7 kwietnia 2011 · dodano: 07.04.2011 | Komentarze 1

Zapowiadali, że to ostatni dzień względnego ciepła, więc pomyślałem, że to dobry moment, by odwiedzić ciotkę na działce, a przy okazji ustrzelić pierwszą setkę w tym roku.
Niestety, prognozy były bezlitosne - od rana bardzo silny wiatr W, który z godziny na godzinę miał się jeszcze nasilać. Zdecydowałem, że wyjadę o 8 rano i wtedy może uda mi się uniknąć apokalipsy.
Ciotka ma działkę około 40 km ode mnie, więc musiałem trochę nadłożyć drogi. Zdecydowałem się jechać przez Poddębice, bo Jack tam jeszcze nie był:) Od początku było źle: o ile jeszcze w mieście jakoś strasznie w twarz nie wiało, o tyle już za Złotnem zacząłem odczuwać zmęczenie walką z jednostajnym powiewem, który utrudniał utrzymanie choćby 25 km/h przez dłuższy okres czasu. Do Kazimierza właściwie się doczłapałem i stanąłem tylko na chwilkę, by pstryknąć choćby fragment z imponującej kolekcji 7 stodół stojących w bezpośredniej bliskości bez choćby jednego innego zabudowania wokół.

X-Files: Zagłębie stodołowe w Kazimierzu © lobotomik


Z Kazimierza ruszyłem na Puczniew, centralnie na Zachód, wiatr miejscami utrudniał jazdę nawet 20 km/h. Zmęczony stanąłem na chwilę w Charbicach (Dolne położone są wyżej niż Górne) i wcale nie wypoczęty ruszyłem dalej, myśląc sobie, że nic nie dało to ciągłe jeżdżenie w marcu, skoro po 30 km boli mnie wszystko i kręcić dalej się nie chce. Na szczęście na 35 km droga odbiła na północ i z bocznym wiatrem jechało się aż do Kałowa (to nie żart, wieś tak się nazywa) całkiem nieźle. W Kałowie musiałem stanąć na chwilę, ale nie z racji przeuroczej nazwy czy w poszukiwaniu doznać olfaktorycznych, ale po to, by pstryknąć moje ulubione ptaki, których, na szczęście, od Kazimierza widziałem co najmniej kilka.

Bociany w Kałowie © lobotomik


Z Kałowa znowu Go West aż do Góry Bałdrzychowskiej, i spokojniejszy zjazd do Poddębic, które, dla odmiany, powitały mnie słońcem, niby jakimś znakiem, że teraz już będzie z wiatrem. Spojrzałem na średnią i bez specjalnego zdziwienia zauważyłem, że na 50 km udało mi się wykręcić niespełna 23 km/h. Ale za to na rynku powitał mnie rozwieszony przed kościołem baner upamiętniający katastrofę samolotu pod Smoleńskiem. (Napisów na banerze raczej na zdjęciu nie widać; zreszta był tam chyba napis "Smoleńsk" i data).

Smoleńsk - pamiętamy © lobotomik


Och, ale za to z Poddębic, z wiatrem w plecy, jechało się tak znakomicie, że nawet nie zauważyłem, jak dojechałem do Mrowicznej. Kawa, słodycze, chwila rozmowy, kąpiel Jacka, mała sesja fotograficzna, i ruszyłem dalej.

Jack na działce © lobotomik


O powrocie to nawet nie ma co pisać - wiatr wiał w plecy, średnia stale rosła, zmęczenie prawie w ogóle znikło i już przed 14:00 byłem w domu. Fajnie. Szkoda, że pogoda ma się znowu zjebać.







Dane wyjazdu:
129.29 km 12.00 km teren
05:50 h 22.16 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:582 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Borderlands, Day 8: Warmia

Sobota, 11 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0



Och, jaki to był wspaniały dzień! Piękna pogoda, zajebiście malownicza trasa i niezłe tempo – idealny finał wyprawy. Ale od początku:
Z Dąbrowy ruszyliśmy już o 9 rano w doskonałych humorach, jako że wieczór wczorajszy był bardzo udany, a Evesiss, jak się zdaje, poradziła sobie z nieszczęsnym Achillesem. Wjechaliśmy na chwilę do Bartoszyc tylko po to, by zaraz odbić na Pieszkowo i potem na Lidzbark Warmiński. Trasa była wspaniała, a pagórkowate i, zdawało się, bezkresne pola nabierały jeszcze jakiegoś niesamowitego wymiaru w porannej gęstej mgle. Prawie do Pieszkowa jechałem z Dawkiem, po drodze trochę pobłądziliśmy, ale nic to! – tym więcej fajnych terenów zobaczyliśmy. Przed skrętem na Lidzbark Dawko mi odszedł na podjeździe, więc nie było już sensu się spieszyć i Pieszkowie stanąłem na chwilę na fajkę. Wjazd do Lidzbarka świetny – dobry asfalt, mały ruch i praktycznie ciągle z górki. W Lidzbarku pod bramą czekał już Dawko i usiedliśmy w pierog arni, która była również pizzerią i pubem. Niebawem wszyscy się zjechali, choć Ewelina trochę pobłądziła – chcąc skrócić sobie drogę wypadła na jakieś polne ścieżynki zalane wodą po ostatnich deszczach i wyglądała, by znowu użyć ulubionej frazy mojej babci, jak nieboskie stworzenie. Uraczyliśmy się z Bartkiem pierogami (znakomitymi!) i kawą (mniej znakomitą, za to dużą) i ponieważ miałem ochotę na dzień samotnej jazdy, wyjechałem wcześniej w kierunku Łukty. Zrobiłem jeszcze małą rundkę po Lidzbarku, by zobaczyć zamek i wyjechałem na zachód, w kierunku Ornety. Dzień był coraz ładniejszy – słońce rozgoniło już mgłę i robiło się przyjemnie ciepło, a to coś, czym na tej wyprawie nie mogliśmy się cieszyć. Aż trudno uwierzyć, ale po zjeździe z trasy na Ornetę zrobiło się jeszcze ładniej – przez kilkanaście kilometrów miałem po lewej stronie dolinę Łyny, a że jechałem wzniesieniami, widoki były piękne. W Urbanowie zerknąłem na miejscową golgotę, ale nie chciało mi się zsiadać z roweru, by ją obfotografować – mam zasadę, że zsiadam tylko dla wojtyłków. A szkoda, bo, jak powiedział mi później Dawid, w Urbanowie wypatrzyli coś na kształt olbrzymiego drewnianego serca Jezusa, obłęd. Za Pietraszewem miałem skręcić na Dobre Miasto, ale że widziałem je już w zeszłym roku, odbiłem na Praslity i urokliwymi polnymi drogami dotarłem w Świątkach do drogi 530, której trzymałem się już do samej Łukty. Odcinek za Światkami był przepiękny – znowu jechałem wzgórzami, a po lewej stronie miałem dolinę Łyny. Jadąc, cały czas odczuwałem żal, że to ostatni dzień i że te widoki zostaną już tylko w second-handowej wersji pamięciowej. W Łukcie stanąłem w restauracji, w której jadłem też rok temu, gdy wybrałem się na wycieczkę podobną trasą z Olsztyna. Tym razem zamówiłem sielawę, niemając pojęcia, ze to takie malutkie rybki, bo ja wiem, jak przerośnięte szprotki. Ale były ok., więc zjadłem ze smakiem, wypiłem okropne Tyskie do obiadu (zamajaczył mi przy tym gdzieś na końcu języka smak Svyturysa, ech…). Zadzwoniłem do Dawka, ale że byli dopiero w Dobrym Mieście, ruszyłem sam do Ostródy, drogą równie malowniczą, tyle że teraz dla odmiany głównie przez las. Według mapy (w zasadzie więcej niż jednej) istnieje coś takiego, jak skrót prowadzący bezpośrednio do Rusi Małej od strony zachodniej przez las. Jeśli wszakże istnieje, to jest kompletnie nieoznaczony, bo droga wyprowadziła mnie prosto na drogę krajową nr 7 (bodaj Gdańsk – Warszawa?), którą musiałem się pomęczyć aż do Ostródy (na szczęście był pas awaryjny). Za stacją Shella skręciłem na Ruś Małą i przy niewielkiej pomocy autochtonów dojechałem na miejsce.
Kwatera była droższa od pozostałych na tej wyprawie, ale standardem nie odbiegała od nich, choć być może to, co teraz napisałem to jednak eufemizm. Właściciele byli jednak bardzo mili i towarzyscy (sami są rowerzystami), więc w sumie oceniam ją bardzo dobrze. Ponieważ byłem na miejscu już pół do piątej, a reszta ekipy dopiero pałaszowała obiad w Łukcie, wziąłem szybki prysznic i zdrzemnąłem się godzinkę w oczekiwaniu na ich przyjazd. Obudził mnie dochodzący z sieni głos Eweliny, i z Dawkiem i Bartkiem pojechaliśmy jeszcze do Ostródy na zakupy. Długo żeśmy się namyślali co kupić do picia, a że nie było porto, które tak nam zasmakowało w Bartoszycach, kupiliśmy miód pitny, ale, ponieważ jesteśmy idiotami skończonymi, tylko dwie butelki. Leżąc w łóżkach spijaliśmy ten miód dając ujście naszym sybaryckim inklinacjom, ale miód się szybko skończył i poszliśmy spać, lekko smutni, że to już koniec.


Lidzbark Warmiński © lobotomik


"No i nie wiedziałam, w lewo czy w prawo..." © lobotomik


Za Lidzbarkiem © lobotomik


"Żeby tylko zdążyć się zapakować" © lobotomik


Dane wyjazdu:
118.22 km 14.00 km teren
05:07 h 23.10 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:441 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Borderlands, Day 6: Mazury

Czwartek, 9 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 0



Trójstyk granic © lobotomik


Żabin (chyba) © lobotomik


Kochamy niemieckie kostki © lobotomik


Gdzieś na końcu świata... © lobotomik


Elektrownia wodna w Ołowniku © lobotomik


Dane wyjazdu:
106.00 km 14.00 km teren
04:29 h 23.64 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:520 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Borderlands, Day 5: Lietuva

Środa, 8 września 2010 · dodano: 12.09.2010 | Komentarze 1



O wczorajszym meczu nikt już nie pamiętał, i dobrze. Wyjazd poprzedzony był bowiem śniadaniem, na które czekaliśmy jak Żydzi na Mesjasza albo ŁKS na licznych kibiców, tyle że z lepszym skutkiem. Wyżerka była absolutnie rewelacyjna i z pełnymi brzuchami (ale i nieco później niż zwykle) ruszyliśmy na Litwę. Żeby się tam dostać musieliśmy (oj, to słowo nie znaczy tutaj wcale tego, co zwykle:) przejechać kilkadziesiąt kilometrów polskim pograniczem, przez Wiżajny, Sudawskie, Maszutkinie i Podszeszupie. Trasa piękna aż do zaparcia, tzn. do zaparcia tchu. Na Litwę wjeżdżamy dość wygodnym szutrem, co chwila stając, by porobić zdjęcia. Na Litwie wita nas ładny nowy asfalt, dowód na aneksję Litwy przez UE. Niestety, zaraz z a Liubavas asfalt ustępuje szutrowi, nie dość że nie ubitemu, to jeszcze zatłoczonemu przez pędzące ciężarówki, które napędziły Bartkowi niezłego stracha. Dopiero na głównej trasie Wisztyniec-Kalwaria droga się poprawia i 5 kilometrów do Kalwarii pokonujemy dość szybko, mimo że w twarz wieje silny wiatr. Kalwaria mocno nas rozczarowała – zjeść ni napić się tam nie da, więc zrobiliśmy tylko mały sklepowy rekonesans i w drogę na Wisztyniec. Za Kalwarią pożegnaliśmy się z Krzysiem, który celem odpowiedniego przygotowania się do powrotu do Łodzi pojechał do Oklin przez Vygreliai. Ruszyliśmy ostro, a do tego nieostrożny Bartek (trzeba to zrzucić na karb młodości) stwierdził, że nie damy radę dojechać do Wisztyńca na 15:00. My nie damy?!? Było za dwadzieścia druga i ruszyliśmy z Dawkiem z kopyta, szaleńczym tempem, czyli tempem szaleńców; był to najszybszy chyba kawałek całej wyprawy – w Wisztyńcu byliśmy za dwie trzecia, a pozwoliliśmy sobie jeszcze na pięciominutowy postój po drodze. No i co, Bartek?
Za to w Wisztyńcu pod sklepem zbrataliśmy się z narodem litewskim w postaci kilku miejscowych pijaczków – rozmowa mieszaniną polskiego, rosyjskiego i kilku litewskich zwrotów grzecznościowych była żywa i interesująca, ale nie da się jej pewnie odtworzyć. Oprócz jednego ważnego faktu, otóż pewien sympatyczny młody Litwin o imieniu Edgaras zapragnął utworzyć polsko-litewską podstawową komórkę społeczną z Eweliną, czemu ta była niestety niechętna, ku rozpaczy Edgarasa zresztą.
Przy powrocie piękną trasą z Wisztyńca wiatr już nie pomagał, ale i tak udało nam się dojechać na piątą, by zjeść wypasiony obiad (nie był już dla nas żadnym zaskoczeniem:) i pożegnać Krzysia, który udał się na PKS do Suwałk.
Jako że było to nasze pożegnanie z Oklinami, a z Wisztyńca przywieźliśmy całkiem pokaźny zapas Svyturysów, wieczorem urządziliśmy sobie przed domkiem ognisko. Svyturys lał się litrami, więc dużo z tego ogniska nie pamiętam. Ostatnią rzeczą, jaką widziałem był pląsający wokół ogniska Bartek, Dawid grający na banjo i stojąca w pozycji na baczność Ewelina, która śpiewała Pierwszą Brygadę.


Zjazd do Szeszupy © lobotomik


Za Szeszupą © lobotomik


Lietuvos Respublika © lobotomik


Kalwaria © lobotomik


Do Wisztyńca © lobotomik