Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi lobotomik z miasteczka Łódź. Z Bikestats mam przejechane 52176.99 kilometrów w tym 4091.50 w terenie.
Więcej o mnie.

STATS
pre-Bikestats:
2000 -----> 2057 km
2001 -----> 3616 km
2002 -----> 3206 km
2003 -----> 2200 km
2004 -----> 3517 km
2005 -----> 3686 km
2006 -----> 3077 km
2007 -----> 2857 km
2008 -----> 3162 km
2009 -----> 5859 km

Bikestats:
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lobotomik.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

Z Lemurem

Dystans całkowity:8247.15 km (w terenie 966.00 km; 11.71%)
Czas w ruchu:384:43
Średnia prędkość:21.44 km/h
Maksymalna prędkość:62.60 km/h
Suma podjazdów:6854 m
Suma kalorii:46690 kcal
Liczba aktywności:169
Średnio na aktywność:48.80 km i 2h 16m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
51.70 km 9.00 km teren
02:40 h 19.39 km/h:
Maks. pr.:37.06 km/h
Temperatura:16.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Bo czasem się nie chce...

Środa, 25 maja 2011 · dodano: 25.05.2011 | Komentarze 0

... i nic na to poradzić nie można. Dzisiaj nie chciało mi się do Łodzi zrobić pranie - ale pojechałem. Wieczorem po lemura do Mileszek też mi się nie chciało, bo zimno - ale pojechałem. Średnia wypadkową niechcenia.

Dane wyjazdu:
44.41 km 8.00 km teren
01:52 h 23.79 km/h:
Maks. pr.:40.03 km/h
Temperatura:21.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Crazy weather, but do not take Your sweater

Poniedziałek, 23 maja 2011 · dodano: 23.05.2011 | Komentarze 0

Rano zapowiadało się, że będzie okropny, pochmurny i wietrzny dzień, nie dość ciepły w dodatku. Zamierzyłem sobie pojechać do Bratoszewic, bo w przybytku znajdującym się tamże rodzice moi ukończyli jakieś śmieszne eksternistyczne rolnicze szkolnidło. Ale że wiało i zimno, to pomyślałem, że skoczę odwieźć Alika do Łodzi, a potem wrócę przez Smardzew i Dobrą.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem - pojechalismy z Lemurem jeszcze przed południem przez Łukaszew i Rogowską, wstrętne Lemurzyca odbiła w Wycieczkową na południe, ja na północ, wiało niemożebnie, ale zaczęło wyglądać słońce i zrobiło się naprawdę milusio. Wpędzając się w nastrój błogości włączyłem na wynalazku Jobsa nowe Wild Beasts (Ci, co znają, to wiedzą, że aczkolwiek zajebista to muza, to niekoniecznie pomaga w osiąganiu dobrej średniej) i rozkosznie leniwo pedałowałem w kierunku Smardzewa. A tu coraz piękniej, coraz cieplej. Ekstatycznie mijałem kolejne miejscowości na S. (Szczawin i Swędów) i pomyślałem, że dołożę trochę km i pojade przez Smolice i Stryków. Ze Strykowa przez Sosnowiec Pieńki i Ługi, potem Dobieszków, Kalonka i dom.
Zmęczenie dorwało mnie na dobieszkowskim podjeździe, bo uzmysłowiłem sobie, że przejechałem longiem 40km.
I bardzo dobrze - takie są udatne skutki zamiany fajki na e-fajkę. No i zostawienia tej drugiej w domu.
A jak dojechałem na działkę, to słońce już majestatycznie rządziło na niebie i lato wróciło. Normalnie bosko.

Dane wyjazdu:
52.39 km 8.00 km teren
02:29 h 21.10 km/h:
Maks. pr.:42.13 km/h
Temperatura:27.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Mroga Rulezzzz!

Niedziela, 22 maja 2011 · dodano: 22.05.2011 | Komentarze 0

No i nadszedł wiekopomny moment - zamiast zapowiadanego końca świata, wybraliśmy się z Lemurem do Tworzyjanek resp. Tworzyjanków. Było warto.
Tak jak wczoraj - wyjazd rano, bo - tym razem słusznie - zapowiadali burze. Niezłym tempem przez Nowosolną, Wiączyń, Eufeminów i Gałkówek któryś tam aż do drogi Andrespol-Brzeziny. Tam odbiliśmy w malowniczą drogę na Gaj, cały czas wzdłuż Mrogi, dojechaliśmy do Bogdanki i utrzymywaliśmy kierunek na Wschód, przez rezerwat hoteli i hotelikjów nad licznymi zalewami na rzece. W jednym z takich przybytków (Fregata, jak bozię kocham) wypiliśmy piwko i ruszyliśmy na dalsza penetrację wyjątkowo urodziwych okolic, pełnych wzniesień i mostków oraz zajebistej przedwojennej drewnianej architektury, częściowo niestety zdewastowanej. Od Starego Folwarku pojechaliśmy na Tworzyjanki zajebiście pofałdowaną drogą, a stamtąd na Brzeziny, Polik, Moskwę, Plichtów, Bkowiec i na Kopankę, gdzie w karczmie U Lisa nażarliśmy się do nieprzytomności zajebistego pstrąga na maśle z orzechami, normalnie żyć nie umierać.
I nie słuchajcie ludzi o wątpliwej reputacji - zajebiście było, gorąco, ekstatycznie, i jeszcze lody trzeba było zjeść na koniec, bo lody, jak odkryliśmy, mają bardzo mało kalorii. I czyż piękny nie jest świat, skoro nawet w pobliżu takiej kloaki, jak Łódź, takie tereny znaleźć można i żarcie zacne...?

Dane wyjazdu:
53.69 km 3.00 km teren
02:40 h 20.13 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Teaming Up Again

Środa, 18 maja 2011 · dodano: 18.05.2011 | Komentarze 0

So here it is: the official, though not doctor-suggested, comeback of Dawko. W ramach rozjazdu kręcenie się po swojskich okolicach Nowosolnej w przyjemnym tempie, a potem nie tylko około rowerowe dysputy w miejscach zacnie nasłonecznionych. Jednym słowem: rewelacja, i jak to mawiał prorok indie rocka - Everything in its right place.
W międzyczasie zdążyłem jeszcze pojechać do Anity po sadzonki truskawek (na które Dawko zna jakieś magiczne ogrodnicze słowo spod Gorzowa) a potem po Lemura na Okólną.
What a day...

Dane wyjazdu:
92.73 km 2.00 km teren
04:10 h 22.26 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:13.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:268 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Karolinki 2011 day 3: Ewakuacja

Poniedziałek, 2 maja 2011 · dodano: 03.05.2011 | Komentarze 2

Jak wszyscy pamiętają, poprzedniego wieczora położyliśmy się spać, licząc, że bóstwo dało się przebłagać. Takiego chuja. Wredny skurwiel, którego niektórzy słusznie zwą Opatrznością, sprawił, iż Sir Woland okazał się bezradny w starciu z Kotem-niecnotem i zadzwonił rano załamany, że zastrzyku nijak nie idzie dać. Oznaczało to błyskawiczne pakowanie, implikujące skrócenie Karolinek z dni czterech do trzech. Wyjechałem pierwszy, nawet się nie przeżegnawszy i ledwie się pożegnawszy, ale już po trzech kilometrach złapałem gumę, ponieważ rzeczona Opatrzność położyła na asfalcie pinezkę.
W końcu skumałem, że całe to religijne pierdzenie to jedna wielka hucpa, i jak już na kogoś liczyć, to nie na boską panienkę z okienka, zajętą kładzeniem na drodze pinezek i nakręcaniem kota-niecnota, tylko na ludzi, z którymi się jeździ. Za kilkanaście minut przyjechał ElStamper z zapasem (miałem łatki, ale wobec konieczności szybkiego powrotu do Łodzi wolałem jednak nowa dętkę, dzięki Bartek), i po szybkiej zmianie dętki ruszyłem dalej, pożegnawszy się z ElStamperem. W tzw. międzyczasie minęli mnie Lemur i Józek, których doszedłem pod jakimś sklepeem kilka kilometrów dalej.
Ponieważ okazało się, że kot-niecnot najprawdopodobniej przeżyje do wieczora (ale już niekoniecznie mój brat i mój teść, których odwiedliśmy od dalszych prób nawiązywania bliższego kontaktu z bestią), zdecydowaliśmy się jechać razem tempem rekreacyjnym, a w Lublinie zjeść normalny porządny obiad, miast planowanego wcześniej fastfudowego hot-doga. Kręciło się całkiem całkiem, tereny na południe od Łęcznej (Nadwieprzański Park Krajobrazowy) nie były pozbawione swoistego powabu, ale za to wjazd ze Świdnika do Lublina okazał się być zamknięty (budowa lotniska) i musieliśmy nadłożyć nieco drogi, a że cały czas jechaliśmy pod wiatr, dojechaliśmy do Lublina nieco zmęczeni.
Za to w Lublinie znaleźliśmy kapitalną naleśnikarnię (Zadora) na Starym Mieście, obżarliśmy się i popiliśmy kawą, i ruszyliśmy na Nałęczów, najmniej przyjemnym kawałkiem drogi podczas całej wyprawy – wąski asfalt nie zawsze dobrej jakości (w ogóle drogi na Lubelszczyźnie to kolejny rozdział telenoweli „Polska infrastruktura, czyli pasmo udręki”) i kompletnie pojebani kierowcy i kierowczynie. No, ale szczęśliwie dotarliśmy do Łąk przed 16, szybko spakowaliśmy bagaże i rowery i już samochodem ruszyliśmy do Łodzi.
Pech najwyraźniej nas opuścił: udało się spędzić bardzo fajny dzień, droga do Łodzi bezproblemowa i szybka, kot-niecnot powitał nas dwugodzinnym łaszeniem się i mruczeniem, a cała wyprawa, trzy zajebiste dni, obfitowała w przygody, ładne trasy i świetną zabawę. Najwyraźniej często pech to blessing in disguise.
Dzięki wielkie wszystkim za kapitalny weekend, a pana bóstwo upraszam o odpierdolenie się.




Dane wyjazdu:
101.54 km 3.00 km teren
04:37 h 21.99 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:13.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:292 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Karolinki 2011 day 2: Deszczyciel

Niedziela, 1 maja 2011 · dodano: 03.05.2011 | Komentarze 1

Obudziliśmy się wcześnie rano lekko zawstydzeni, bo w bezliku wczorajszych zajęć zapomnieliśmy o wieczornym leżeniu krzyżem i biczowaniu, ale że głupio byłoby biczować się tuż przed jazdą, postanowiliśmy odłożyć przyjemności na wieczór i od razu po śniadaniu ruszyć w drogę na wschód. Pogoda nie była najgorsza, choć upału nie było. Za to okolice Nałęczowa, mimo kiepskiej nawierzchni, naprawdę ciekawe – dużo wzniesień, przełomów, sadów, malowniczych kościółków, a nawet jakieś jeziorka. No ale że zapomnieliśmy o biczowaniu, to musiała nas spotkać kara – tuz przed Garbowem Lemur wkręcił łańcuch w przerzutkę tak udatnie, że nie obyło się bez rozkuwania i skuwania na powrót przy asyście i asekuracji ElStampera. Zajęło nam to z godzinę, w czasie której Kocuriada z Józkiem pomknęli dalej, no i – może to nie plagi egipskie, ale i tak coś w tym stylu – zaczęło lać. Schroniliśmy się na przystanku w Garbowie na jedną czy dwie zdrowaśki i ruszyliśmy dalej, ale ulewa dopiero się zaczynała. Szczęśliwie nieopodal Garbowa znaleźliśmy miły wiejski lokalik miłą wiejską parafię, w której barman proboszcz ugościł nas grzanym piwem z sokiem strawa duchową i pozwolił przebrać się w suche ciuchy na zapleczu zakrystii.
Po dwóch godzinach wesołych konwersacji ruszyliśmy w czwórkę na Niemce i do Łęcznej. Po drodze zadzwonił Lemurowy ojciec z informacją, że Kotowi-niecnotowi absolutnie nie w smak jest podporządkowywanie się komukolwiek innemu niż my, więc Lemur wpadł w amok i natychmiast chciał wracać pociągiem z Łęcznej. Na szczęście z Łęcznej nie jeżdżą pociągi.
Poczekaliśmy chwilę na Evesiss i ElStampera (Józek i Kocuriada penetrowali już w tym czasie hałdy Bogdanki) i zjedliśmy surprajzingli smaczny obiad w pubie 30-stka na tzw. Deptaku w Łęcznej (albowiem Łęczna, miasto powstałe na potrzeby kopalni, niczego na kształt starówki/rynku nie posiada, przez co wygląda wyjątkowo smętnie, chociaż jej wieżowce z płyty wznoszą się nad okolicą i z kilkunastu kilometrów wyglądają jak słowiańska wersja Las Vegas…).
Lemur uspokoił się trochę, bo pomoc z kotem-niecnotem zaoferował SirWoland i już wesołą czwórką ruszyliśmy przez otulinę Poleskiego Parku Narodowego do Urszulina, gdzie, jak nas poinformował Józek, sklepu czynnego już nie ma. Wiadomo – beatyfikacja: przez głowę by nam nie przeszło krytykowanie ludzi, którzy zamykają sklep po to, by oddawać się radości w tym wyjątkowym dniu.
Niestety, nie wszyscy oddawali się radości, bo jeden sklep był otwarty, więc zrobiliśmy zapasy i udaliśmy się na kwaterę. I wtedy okazało się, że wszystkim nam brakuje jakieś 2 kilometry do setki, więc kręciliśmy się w kółko jak gromada zwariowanych psów, ale stówki pękły i wszystko było ok. (jak się później okazało, był to grzech pychy, za który pokuta czekać nas miała dnia następnego).
Na kwaterze okazało się, że Józek z Kocuriadą przez dwie godziny jechali w deszczu, a dodatkowo Kocuriada wykopyrtnęła się wjeżdżając na krajówkę, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Zrozumieliśmy, że to wszystko dlatego, że odpuściliśmy wczoraj biczowanie, a że bóstwo nasze katolickie wredne jest, prostackie i zawistne, trzeba było tego wieczora zaliczyć i dość bolesne biczowanie, i odmówić siedem dziesiątek różańca, i iść na majowe, a na dodatek złożyć ofiarę całopalną z „bardzo super” czapki Evesiss. Dopiero później położyliśmy się spać, licząc, że to cholerstwo dało się przebłagać…




Dane wyjazdu:
110.62 km 1.00 km teren
04:30 h 24.58 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:487 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Karolinki 2011 day 1: Inauguracja

Sobota, 30 kwietnia 2011 · dodano: 03.05.2011 | Komentarze 2

Że pech nas będzie prześladował, było jasne od początku, a nawet wcześniej, bo prześladował był już nas od kilku tygodni - złamany łokieć Dawka, bolące kolano Evesiss, trzy gumy pod rząd ElStampera, moja zgierska wywrotka…
Ale wszystko zaczęło się znakomicie: poranne modlitwy odmówiliśmy każdy w swoim domu i ruszyliśmy samochodami do Nałęczowa, a właściwie do Łąk. Kiedy o 9:10 dojechaliśmy na miejsce, czekali już na nas Lemur (który spędził na miejscu poprzednią noc) i gang Misztali. Szybko przebraliśmy się, objuczyliśmy rowery, spędziliśmy kilka upojnych minut modląc się nieopodal przydrożnej kapliczki i w szóstkę ruszyliśmy w drogę jeszcze przed 10. Kierowaliśmy się na zachód, na Wąwolnicę, a potem na południe w kierunku Opola Lubelskiego. Lemur wyskoczył jak szalony (bo jest szalony) i w Opolu byliśmy przed 11. Po prawdzie, to pomagało nam to charakterystyczne upostaciowienie Ducha Świętego, które nazywa się wiatrem w plecy.
W Opolu niebawem pojawiła się Kocuriada i usiedliśmy na piwko modlitwę w pobliskim barze kościele. Po kilkunastu minutach pojawili się ElStamper, Evesiss i Józek, Evesiss z cierpiętniczą miną, bo w Poniatowej nie skoordynowała roweru, i, obracając jedną dłonią paciorki różańca, wykopyrtnęła się, mocno obijając sobie dłoń. Potrzebna była wizyta w aptece i Evesiss, przypominająca już teraz pogańską mumię, ruszyła dalej. Kierowaliśmy się na południe, żeby zobaczyć Wrzelowiecki Park Krajobrazowy (piękny) i przed Józefowem odbiliśmy na północ, cały czas jadąc wzdłuż Wisły i pod wiatr, ale w otoczeniu przepięknych sadów i niezłym tempem.
Postój zrobiliśmy w Kamieniu, gdzie za parę minut dojechała do nad Kocuriada, cała spanikowana, że już maj i musimy odprawić Majowe. Na szczęście Lemur wykazał się bystrością umysłu i zauważył, że jeszcze jest kwiecień i wystarczy zwykła Włosienica i wieczorne biczowanie. Odetchnęliśmy z ulgą i pojechaliśmy dalej. Słońce świeciło i było naprawdę ciepło.
Ruszyliśmy na Kazimierz, piękną trasą wśród bezkresnych sadów, by w Lesie Dębowym spotkać … ElStampera i Evesiss, którzy w związku z wywrotką Evesiss postanowili nieco skrócić sobie trasę, ale trzeba im przyznać, że czas spędzili bogobojnie, na piciu modlitwie i zabawie medytacji. Popiliśmy pomodliliśmy się razem z nimi i wspólnie ruszyliśmy na Kazimierz. Jechało się trudniej – wiatr dawał się we znaki, a za Dąbrówką czekał na nas bardzo ostry podjazd i było dość ciężko. Ale wkrótce zameldowaliśmy się w Kazimierzu Dolnym, miasteczku, jak dla mnie, mocno przereklamowanym, ale za to będącym siedzibą słynnego klasztoru betanek, do którego oczywiście zajrzeliśmy przybrani w biało-żółte flagi. Obiad był bardzo średni (choć Stamperki nie narzekały) i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Łąk, piękną, choć technicznie trudną trasą przez Kazimierski Park Krajobrazowy. Zakupy (gromnice, modlitewniki, psałterze) zrobiliśmy w Wąwolnicy i około 18 byliśmy w miejscu, z którego 8 godzin wcześniej wyjechaliśmy.
Lemur, którego wiara jest z nas wszystkich najsłabsza, zaproponował pogańską rozrywkę oglądania Bitwy na Głosy. Byliśmy zażenowani i zasmuceni, i w ramach pokuty przez godzinę śpiewaliśmy psalmy, choć nie obyło się bez obciachu, bo Evesiss ciągle myliła teksty, ale to pewnie albo przez bolesny upadek, albo przez Bitwę na Głosy…




[Bilans roczny: +501]

Dane wyjazdu:
87.80 km 11.00 km teren
03:44 h 23.52 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:14.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:205 m
Kalorie: 1422 kcal

Na Zachód

Niedziela, 17 kwietnia 2011 · dodano: 17.04.2011 | Komentarze 7

No i wzięło nam się z Lemurem odwiedzić ciotkę w podpoddębickiej wsi, a tak naprawdę trochę Lemura przetestować przed wyprawą, ale śmiga tak, że już Jej trenować nie ma sensu. Świetna pogoda: krótkie gatki, a z powrotem nawet koszulka z krótkim rękawem, piwo Śląskie w Nakielnicy, super.



Dane wyjazdu:
48.52 km 2.00 km teren
02:16 h 21.41 km/h:
Maks. pr.:38.00 km/h
Temperatura:16.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:193 m
Kalorie: 721 kcal

There's Always Plan B

Niedziela, 3 kwietnia 2011 · dodano: 03.04.2011 | Komentarze 0

No więc plan był taki, żeby z Dawkiem i Kocuriadą uderzyć do Ozorkowa, ale zabawa wczoraj była przednia (gratias everybody!), więc rano pobudka straszna, z bolącą głową i nieuchronną śmiercią wczorajszych rezolucji. Na szczęście: patrz tytuł.
Pojechaliśmy więc emerycko na działkę, krótkie spodenki, koszulka z krótkim rękawem, a na działce kawa i słońce, i trawa. Tylko żeby ta głowa tak nie bolała...



Dane wyjazdu:
42.29 km 2.00 km teren
01:54 h 22.26 km/h:
Maks. pr.:43.20 km/h
Temperatura:5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:248 m
Kalorie: 657 kcal

Cold Spring

Niedziela, 27 marca 2011 · dodano: 27.03.2011 | Komentarze 0

Z Lemurem po odrobinę słońca na działkę.
Z początku Lemur mocno marudny, a do tego markotny. Na działce pyszna kawa, czyszczenie Klaksonowego łańcucha, no i do domu na Alewajkę, a co...