Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi lobotomik z miasteczka Łódź. Z Bikestats mam przejechane 52176.99 kilometrów w tym 4091.50 w terenie.
Więcej o mnie.

STATS
pre-Bikestats:
2000 -----> 2057 km
2001 -----> 3616 km
2002 -----> 3206 km
2003 -----> 2200 km
2004 -----> 3517 km
2005 -----> 3686 km
2006 -----> 3077 km
2007 -----> 2857 km
2008 -----> 3162 km
2009 -----> 5859 km

Bikestats:
button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl
baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy lobotomik.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

W grupie

Dystans całkowity:13850.85 km (w terenie 811.00 km; 5.86%)
Czas w ruchu:603:38
Średnia prędkość:22.95 km/h
Maksymalna prędkość:62.18 km/h
Suma podjazdów:49460 m
Suma kalorii:42344 kcal
Liczba aktywności:159
Średnio na aktywność:87.11 km i 3h 47m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
101.54 km 3.00 km teren
04:37 h 21.99 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:13.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:292 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Karolinki 2011 day 2: Deszczyciel

Niedziela, 1 maja 2011 · dodano: 03.05.2011 | Komentarze 1

Obudziliśmy się wcześnie rano lekko zawstydzeni, bo w bezliku wczorajszych zajęć zapomnieliśmy o wieczornym leżeniu krzyżem i biczowaniu, ale że głupio byłoby biczować się tuż przed jazdą, postanowiliśmy odłożyć przyjemności na wieczór i od razu po śniadaniu ruszyć w drogę na wschód. Pogoda nie była najgorsza, choć upału nie było. Za to okolice Nałęczowa, mimo kiepskiej nawierzchni, naprawdę ciekawe – dużo wzniesień, przełomów, sadów, malowniczych kościółków, a nawet jakieś jeziorka. No ale że zapomnieliśmy o biczowaniu, to musiała nas spotkać kara – tuz przed Garbowem Lemur wkręcił łańcuch w przerzutkę tak udatnie, że nie obyło się bez rozkuwania i skuwania na powrót przy asyście i asekuracji ElStampera. Zajęło nam to z godzinę, w czasie której Kocuriada z Józkiem pomknęli dalej, no i – może to nie plagi egipskie, ale i tak coś w tym stylu – zaczęło lać. Schroniliśmy się na przystanku w Garbowie na jedną czy dwie zdrowaśki i ruszyliśmy dalej, ale ulewa dopiero się zaczynała. Szczęśliwie nieopodal Garbowa znaleźliśmy miły wiejski lokalik miłą wiejską parafię, w której barman proboszcz ugościł nas grzanym piwem z sokiem strawa duchową i pozwolił przebrać się w suche ciuchy na zapleczu zakrystii.
Po dwóch godzinach wesołych konwersacji ruszyliśmy w czwórkę na Niemce i do Łęcznej. Po drodze zadzwonił Lemurowy ojciec z informacją, że Kotowi-niecnotowi absolutnie nie w smak jest podporządkowywanie się komukolwiek innemu niż my, więc Lemur wpadł w amok i natychmiast chciał wracać pociągiem z Łęcznej. Na szczęście z Łęcznej nie jeżdżą pociągi.
Poczekaliśmy chwilę na Evesiss i ElStampera (Józek i Kocuriada penetrowali już w tym czasie hałdy Bogdanki) i zjedliśmy surprajzingli smaczny obiad w pubie 30-stka na tzw. Deptaku w Łęcznej (albowiem Łęczna, miasto powstałe na potrzeby kopalni, niczego na kształt starówki/rynku nie posiada, przez co wygląda wyjątkowo smętnie, chociaż jej wieżowce z płyty wznoszą się nad okolicą i z kilkunastu kilometrów wyglądają jak słowiańska wersja Las Vegas…).
Lemur uspokoił się trochę, bo pomoc z kotem-niecnotem zaoferował SirWoland i już wesołą czwórką ruszyliśmy przez otulinę Poleskiego Parku Narodowego do Urszulina, gdzie, jak nas poinformował Józek, sklepu czynnego już nie ma. Wiadomo – beatyfikacja: przez głowę by nam nie przeszło krytykowanie ludzi, którzy zamykają sklep po to, by oddawać się radości w tym wyjątkowym dniu.
Niestety, nie wszyscy oddawali się radości, bo jeden sklep był otwarty, więc zrobiliśmy zapasy i udaliśmy się na kwaterę. I wtedy okazało się, że wszystkim nam brakuje jakieś 2 kilometry do setki, więc kręciliśmy się w kółko jak gromada zwariowanych psów, ale stówki pękły i wszystko było ok. (jak się później okazało, był to grzech pychy, za który pokuta czekać nas miała dnia następnego).
Na kwaterze okazało się, że Józek z Kocuriadą przez dwie godziny jechali w deszczu, a dodatkowo Kocuriada wykopyrtnęła się wjeżdżając na krajówkę, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Zrozumieliśmy, że to wszystko dlatego, że odpuściliśmy wczoraj biczowanie, a że bóstwo nasze katolickie wredne jest, prostackie i zawistne, trzeba było tego wieczora zaliczyć i dość bolesne biczowanie, i odmówić siedem dziesiątek różańca, i iść na majowe, a na dodatek złożyć ofiarę całopalną z „bardzo super” czapki Evesiss. Dopiero później położyliśmy się spać, licząc, że to cholerstwo dało się przebłagać…




Dane wyjazdu:
110.62 km 1.00 km teren
04:30 h 24.58 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:487 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Karolinki 2011 day 1: Inauguracja

Sobota, 30 kwietnia 2011 · dodano: 03.05.2011 | Komentarze 2

Że pech nas będzie prześladował, było jasne od początku, a nawet wcześniej, bo prześladował był już nas od kilku tygodni - złamany łokieć Dawka, bolące kolano Evesiss, trzy gumy pod rząd ElStampera, moja zgierska wywrotka…
Ale wszystko zaczęło się znakomicie: poranne modlitwy odmówiliśmy każdy w swoim domu i ruszyliśmy samochodami do Nałęczowa, a właściwie do Łąk. Kiedy o 9:10 dojechaliśmy na miejsce, czekali już na nas Lemur (który spędził na miejscu poprzednią noc) i gang Misztali. Szybko przebraliśmy się, objuczyliśmy rowery, spędziliśmy kilka upojnych minut modląc się nieopodal przydrożnej kapliczki i w szóstkę ruszyliśmy w drogę jeszcze przed 10. Kierowaliśmy się na zachód, na Wąwolnicę, a potem na południe w kierunku Opola Lubelskiego. Lemur wyskoczył jak szalony (bo jest szalony) i w Opolu byliśmy przed 11. Po prawdzie, to pomagało nam to charakterystyczne upostaciowienie Ducha Świętego, które nazywa się wiatrem w plecy.
W Opolu niebawem pojawiła się Kocuriada i usiedliśmy na piwko modlitwę w pobliskim barze kościele. Po kilkunastu minutach pojawili się ElStamper, Evesiss i Józek, Evesiss z cierpiętniczą miną, bo w Poniatowej nie skoordynowała roweru, i, obracając jedną dłonią paciorki różańca, wykopyrtnęła się, mocno obijając sobie dłoń. Potrzebna była wizyta w aptece i Evesiss, przypominająca już teraz pogańską mumię, ruszyła dalej. Kierowaliśmy się na południe, żeby zobaczyć Wrzelowiecki Park Krajobrazowy (piękny) i przed Józefowem odbiliśmy na północ, cały czas jadąc wzdłuż Wisły i pod wiatr, ale w otoczeniu przepięknych sadów i niezłym tempem.
Postój zrobiliśmy w Kamieniu, gdzie za parę minut dojechała do nad Kocuriada, cała spanikowana, że już maj i musimy odprawić Majowe. Na szczęście Lemur wykazał się bystrością umysłu i zauważył, że jeszcze jest kwiecień i wystarczy zwykła Włosienica i wieczorne biczowanie. Odetchnęliśmy z ulgą i pojechaliśmy dalej. Słońce świeciło i było naprawdę ciepło.
Ruszyliśmy na Kazimierz, piękną trasą wśród bezkresnych sadów, by w Lesie Dębowym spotkać … ElStampera i Evesiss, którzy w związku z wywrotką Evesiss postanowili nieco skrócić sobie trasę, ale trzeba im przyznać, że czas spędzili bogobojnie, na piciu modlitwie i zabawie medytacji. Popiliśmy pomodliliśmy się razem z nimi i wspólnie ruszyliśmy na Kazimierz. Jechało się trudniej – wiatr dawał się we znaki, a za Dąbrówką czekał na nas bardzo ostry podjazd i było dość ciężko. Ale wkrótce zameldowaliśmy się w Kazimierzu Dolnym, miasteczku, jak dla mnie, mocno przereklamowanym, ale za to będącym siedzibą słynnego klasztoru betanek, do którego oczywiście zajrzeliśmy przybrani w biało-żółte flagi. Obiad był bardzo średni (choć Stamperki nie narzekały) i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Łąk, piękną, choć technicznie trudną trasą przez Kazimierski Park Krajobrazowy. Zakupy (gromnice, modlitewniki, psałterze) zrobiliśmy w Wąwolnicy i około 18 byliśmy w miejscu, z którego 8 godzin wcześniej wyjechaliśmy.
Lemur, którego wiara jest z nas wszystkich najsłabsza, zaproponował pogańską rozrywkę oglądania Bitwy na Głosy. Byliśmy zażenowani i zasmuceni, i w ramach pokuty przez godzinę śpiewaliśmy psalmy, choć nie obyło się bez obciachu, bo Evesiss ciągle myliła teksty, ale to pewnie albo przez bolesny upadek, albo przez Bitwę na Głosy…




[Bilans roczny: +501]

Dane wyjazdu:
42.15 km 2.00 km teren
01:52 h 22.58 km/h:
Maks. pr.:39.30 km/h
Temperatura:16.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 665 kcal

Cycling in the Rain

Poniedziałek, 25 kwietnia 2011 · dodano: 25.04.2011 | Komentarze 0

Z Luką i jego popiskującym Xenonem na objeździe okolic: Boginia - Skoszewy - Sierżnia - Cesarka - Stryków - "to coś na S." - Łagiewniki - Kopanka. Luka w niezłej formie na początku sezonu, więc tempo przez większą część trasy bardzo dobre.
Piwko w Łagiewnikach i powrót tempem wakacyjnym, w kroplach wiosennego, nieuciążliwego deszczu. Fajnie.

Dane wyjazdu:
52.96 km 4.00 km teren
02:12 h 24.07 km/h:
Maks. pr.:44.50 km/h
Temperatura:19.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 923 kcal

PKWŁ 2011 - inauguracja

Czwartek, 21 kwietnia 2011 · dodano: 22.04.2011 | Komentarze 4

Rano spotkanie z ElStamperem w Mileszkach i traska przez Nowosolną, Wiączyń, Małczew, Moskwę, Sierżnię i Skoszewy. Miłe pogawędki i niezłe tempo. Słońce. Ciepło. Fantastycznie.
Na działce piwko i rozmowy wesołe. Super.
Wieczorem jeszcze do Luki na mecz, piwko, grzybową, no i ... prysznic. Ciągnęło się długo, tak że w zasadzie powrót powinienem wpisać z inną datą.

Dane wyjazdu:
26.53 km 0.00 km teren
01:17 h 20.67 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:9.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Dobra, koniec

Wtorek, 29 marca 2011 · dodano: 29.03.2011 | Komentarze 3

No dobra, koniec idiotycznych tytułów wpisów z tytułami piosenek.
Dzisiaj po prostu do pracy, a z pracy z Dawkiem do Łagiewnik ku rozkoszom wiosenno-piwnym. Potem przyjechała Kocuriada, rozkoszy ciąg dalszy, no i do domu.
Panie i Panowie, to już wiosna!

Dane wyjazdu:
56.95 km 3.00 km teren
03:23 h 16.83 km/h:
Maks. pr.:34.80 km/h
Temperatura:7.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 703 kcal

The Colour of Spring (marcowa MK)

Piątek, 25 marca 2011 · dodano: 25.03.2011 | Komentarze 3

Wiało, że hej, ale po południu skoczyłem do Łagiewnik, a stamtąd przez Mileszki i Olechów na Widzew, gdzie spotkanie z ElStamperem i Evesiss, a potem na masę, na którą debiutancko dojechał również Lemur, więc żartom i zabawom nie było końca. Zwłaszcza żartom na temat mrocznej przeszłości Karola W. Bardzo fajnie.
Evesiss nawet robiła zdjęcia, to się pewnie jutro na Bikestats pojawią...

Dane wyjazdu:
21.45 km 0.00 km teren
01:25 h 15.14 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:-8.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Lutowa Masa Krytyczna

Piątek, 25 lutego 2011 · dodano: 26.02.2011 | Komentarze 1

Tym razem bardzo, bardzo zimno, ale za to bez żadnych ekscesów - policja jechała przed nami, za nami i obok nas: w ogóle pełna kultura.
Kategoria 000-025, Łódź, W grupie


Dane wyjazdu:
81.54 km 2.00 km teren
03:44 h 21.84 km/h:
Maks. pr.:42.00 km/h
Temperatura:7.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:270 m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

And He Saw It Was Good

Poniedziałek, 7 lutego 2011 · dodano: 07.02.2011 | Komentarze 1

Pierwsza dłuższa wycieczka w tym roku i od razu w doborowym gronie. Przed jedenastą przyjechali po mnie ElStamper i Evesiss i razem do Ozorkowa przez Aleksandrów i Parzęczew z postojem w Nakielnicy (wiatr dość mocny, dawał się we znaki). W Ozorkowie spotkanie z Dawidem, który nadjechał od Białej, restauracyjne niepowodzenie, bankowe kuriozum, a potem pyszna pizza z grzanym piwem w EPaolo, gdzie gościnny właściciel jakimś cudem zmagazynował nasze rowery w mającej 10 metrów kwadratowych salce.
Powrót z lepszym wiatrem i w lepszym tempie: przez Grotniki i Zgierz, na grzaniec do Arturówka, gdzie dojechała Kocuriada. No a potem do domu.
Super dzień, tylko szkoda, że Lemur w pracy :(



Funny They Are. And smiling. © lobotomik


Beeing Blessed by My Favourite Monument © lobotomik


Robbers and Cowards © lobotomik


Dane wyjazdu:
28.17 km 1.00 km teren
02:10 h 13.00 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:-5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Bardzo dziwna Masa Krytyczna

Piątek, 28 stycznia 2011 · dodano: 29.01.2011 | Komentarze 5

Ciężko być optymistą w Łodzi, albo raczej ciężko być optymistą co do Łodzi…
Pierwsza w tym roku Masa Krytyczna była zarazem – oh, the irony – pierwszą masą po podpisaniu tzw. Karty Brukselskiej, zobowiązującej władze lokalne do podjęcia działań w celu zrównoważenia transportu w mieście. Chłopcy i dziewczynki szparko wzięli się do roboty, a pierwsze efekty były widoczne już na wczorajszej Masie.
Zaczęło się standardowo i dość przyjemnie – zjawiło się około 120 osób, co jak na temperaturę było niezłym wynikiem. Potem także standard – uwidaczniający konieczność organizowania mas – czyli obleśnogębi kierowcy agresywnie wykrzykujący w naszym kierunku tych kilka słów, które znają; no i motorniczy tramwajów – sfrustrowani, bo jak wiadomo punktualność to ich najwyższy cel, po osiągnięciu którego wpadają w nirwanę: więc się starają jak mogą. Do tego nieszczęśliwa trasa – cały czas przez centrum, czyli getto, slumsy i co tam jeszcze.
Pierwsza połowa Masy upłynęła więc dość tradycyjnie, ale potem zauważyli nas policjanci. Najpierw byli bardzo zdziwieni, że można jeździć na rowerze o tej porze dnia i roku, a potem zaczęli robić wszystko, żeby utrudnić nam przejazd. Włączali sygnał dźwiękowy tuż za plecami rowerzystów, wjeżdżali w środek kolumny starając się rozbić ją na pół, zatrzymywali organizatorów i wykrzykiwali standardowe hasła o ochronie porządku i łamaniu przepisów. W pewnym momencie zatrzymali nas na tyle skutecznie, że zablokowaliśmy całą Andrzeja, więc wszyscy zjechali na Lipową, gdzie przy drwinach całej grupy panowie zajęli się legitymowaniem i spisywaniem organizatorów Masy, blokując tym samym całą ulicę na 15 minut. Chodziło o to, że gdy wjeżdżamy na skrzyżowanie na zielonym świetle (wcześniej wjeżdżaliśmy na jakimkolwiek, bo osłaniała nas… policja; ale teraz mamy Kartę Brukselską, więc trzeci raz pod rząd nas olali), to cała kolumna nie ma szans przejechać skrzyżowania na zielonym, i część wjeżdża już na czerwonym. Co jest oczywiście całkowicie legalne w wypadku zgłoszonych wcześniej w magistracie manifestacji. Ale niestety u policjantów istnieje bardzo ścisła korelacja mózg-siusiak, albo raczej wielkość mózgu – wielkość siusiaka, więc bełkocząc w swoim narzeczu przekonywali, że „niewłaściwie wykorzystujemy pas drogi”. W grupie robiło się najpierw coraz śmieszniej, potem coraz bardziej anarchistycznie, a potem opadły nam szczęki, bo przyjechały trzy kolejne policyjne vany, w każdym bodaj po pięć sztuk policjantów/policjantek, a do tego jeszcze dwa zwykłe samochody patrolowe. Razem policjantów było już trzydziestu, zatem proporcje 1:4, co najmniej jakbyśmy byli jakimiś szmondakami z Widzewa czy ŁKS-u.
Pisałem już o tych móżdżkach – sytuacja je przerosła i kompletnie nie wiedziały, co zrobić, więc po tym kwadransie postoju pozwoliły nam jechać, ale nasza radość ze zwycięstwa nie trwała długo, bo zaraz znowu zaczęli nam zajeżdżać drogę – jedni z przodu, jedni z boku, a kolejni jechali za nami co chwila włączając te nieznośne syreny i niemal wjeżdżając na koło rowerzystom. Ci z boku byli jeszcze gorsi – jechali z opuszczonymi szybami i co chwila wykrzykiwali jakieś idiotyczne teksty, a chcąc nas zmusić do jazdy prawym pasem, sami jechali w odległości 20 cm od rowerzystów, co przy dramatycznie dziurawych drogach było bardzo ryzykowne. NOT COOL, panowie.
W konsekwencji kolumna była rozdzielana na dwie bądź trzy grupy na prawie każdym skrzyżowaniu, a że tych w centrum nie brakuje, jazda stała się bardzo niekomfortowa. Na skrzyżowaniu Andrzeja i Kościuszki znowu nas podzielili – działali już ewidentnie z czystej złośliwości, bo żeby uniemożliwić nam przejazd sami śmigali pod prąd i wjeżdżali na skrzyżowanie na czerwonym świetle. Zresztą o małych siusiakach też już pisałem. I tutaj punkt dla organizatorów, którzy w tym momencie podjęli decyzję o tym, że Kościuszki idziemy… pieszo, prowadząc rowery (choć tutaj przeczytałem, że to był nakaz… policji!). Zajmowaliśmy cały prawy pas, a lewy… zajmowały radiowozy. Tak więc Kościuszki była kompletnie nieprzejezdna. Policjanci okazali się cierpliwi – przeszliśmy całą 6-go Sierpnia i skręciliśmy w Sienkiewicza – poddali się dopiero koło filharmonii (po drodze zdążyły się pojawić jeszcze dwa samochody Straży Miejskiej:). Zgodzili się na dalszy przejazd manifestacji na naszych warunkach, ale nie opuścili nas już do samego końca. Okazało się, że magistrat nie poinformował policji o manifestacji, a sami policjanci – zapewne cała trzydziestka – nie mieli pojęcia, że w Łodzi co miesiąc odbywają się przejazdy rowerzystów. Pod eskortą dojechaliśmy do placu Wolności, po drodze oglądając przedziwne stwory na Włókienniczej, no i tyle.
Nie ma puenty, bo nie wiem, co by tu można napisać oprócz tego, że płakać mi się chcę, iż na razie muszę w tym mieście mieszkać.
Kategoria 025-050, Łódź, W grupie


Dane wyjazdu:
19.09 km 0.00 km teren
01:30 h 12.73 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:-2.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zecik

Listopadowa ŁMK

Piątek, 26 listopada 2010 · dodano: 26.11.2010 | Komentarze 1

Było zimno. Niby nie tak bardzo zimno, ale przez wolne tempo nie można się było rozgrzać.
No i policja nas tym razem olała, więc przed każdym skrzyżowaniem postój.
Za to muzyka była głośniejsza, Disco 2000, Highway to Hell, poza tym głównie chłam, ale zwracający uwagę. O zachowaniu tych, którzy zwrócili uwagę to lepiej nic nie pisać.
Niezła frekwencja jak na takie zimno, prawie 200 chyba.
Kategoria 000-025, Łódź, W grupie